Nagroda Wojewody Dolnośląskiej
Maja Oleksa-Skubisz - Co znaczy rodzina?
Głos policjanta
– Wszystko będzie dobrze, już nie musisz się bać!
Głos policjanta rozbrzmiewał echem w mojej pięcioletniej głowie. Spojrzałam na niego nieufnie. Zbyt często to słyszałam, żebym dała się nabrać. Mężczyzna wyciągnął rękę w moją stronę. Było wcześnie rano, światło ledwie przedzierało się przez brudne szyby, więc nie widziałam dokładnie jego twarzy. Co dziwne, nie bałam się go, łagodny głos koił zło, które działo się za jego plecami. Ratownicy medyczni badali posiniaczonego niemowlaka, drugi brat uparcie bił głową w ścianę, a policjantka próbowała go od niej odciągnąć. Jednak w całym tym zamieszaniu nie widziałam swoich rodziców. Gdzie są, kiedy ich potrzebuję? Z tą myślą powoli wyczołgałam się spod szafki, która była moją najlepszą kryjówką na kryzysowe momenty. Podeszłam do policjanta. Nie wiedząc jak, ja i moje młodsze rodzeństwo zostało przeniesione na tył dużego wozu. Od kierowcy dzieliły nas kraty, a między nami siedziała stara policjantka. Tłumaczyła mi, co się teraz z nami stanie, gdzie będziemy, ale niewiele z tego zapamiętałam. Dla mnie liczyła się postać, którą widziałam przy zamykaniu drzwi wozu. Zapłakana mama, w czarnej skórzanej kurtce, łamiącym głosem coś niezrozumiale wołała. To był ostatni dzień, w którym widziałam moją mamę.
Pogotowie opiekuńcze – tak nazywało się miejsce, do którego zostaliśmy przywiezieni. Braci odebrała jakaś starsza pani, żeby ich wykąpać i nakarmić. Ja natomiast sama poszłam się umyć i dostałam nowe ubranie. Pachnące i czyste. Takiego ubrania nie widziałam od bardzo, bardzo dawna. Zaraz dostałam też śniadanie, czekoladowe płatki. Byłam wniebowzięta, czekoladowe płatki w mojej misce! Było to moim największym marzeniem, zaraz po pójściu do cyrku. Ilekroć prosiłam o to mamę, ona odpowiadała: – Jak będę miała góry złota. Albo: – Jak mi dasz złotą gwiazdkę z nieba.
Raz zdesperowana ukradłam małą przytulankę, właśnie złotą gwiazdkę. Z dumą ofiarowując ją mamie zapytałam, czy teraz pójdziemy do cyrku? W zamian dostałam otwartą dłonią w twarz. Od tamtego czasu nie próbowałam spełniać marzeń. Zjadłam trzy porcje, bo od kilku dni nie miałam porządnego posiłku w ustach. Dziwne przeżycia tego dnia poszły w niepamięć, przynajmniej do czasu.
I tak upływały dni, spokojnie i monotonnie. Aż nudnie, nikt nie przychodził pijany, nie krzyczał, nie rzucał rzeczami, nikt nie podniósł na mnie ręki. Natomiast ciągle ktoś się mną opiekował, pilnował, chodził za mną. Było to trochę uwłaczające, że nie mogę sama nigdzie wychodzić, że ktoś się mną interesuje. Nie byłam przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy, było to obce w moim życiu. Przywykłam do noszenia ciężkiego bagażu doświadczeń na barkach samotnie, a teraz na siłę ktoś chce mi to odebrać. Swoją samodzielność powoli traciłam przez dorosłych, z każdym podanym posiłkiem, z każdą przygotowaną kąpielą. Po dwóch tygodniach pobytu w pogotowiu, nagle spakowano kilka naszych rzeczy i wywieziono mnie i moje rodzeństwo do tymczasowej rodziny zastępczej, u której spędziliśmy rok.
O pierwszym dniu w szkole
To, co irytowało mnie do tej pory w nowych poznanych osobach, przestało mnie irytować. Nawet zaczęłam tego potrzebować. Tęskniłam za atencją i robiłam wszystko, byle ją tylko zdobyć. Niestety, nowa rodzina zastępcza, do której trafiłam z braćmi, nie należała do tych wrażliwych na krzywdę innych, nie zauważali moich potrzeb i prób zwracania na siebie uwagi. W wieku sześciu lat posłali mnie do szkoły, a braci do żłobka, który prowadzili. Ale od początku. Pamiętam pierwszy dzień szkoły. Wszystkie dziewczynki były ze swoimi mamami w koszulach pachnących nowością i z tornistrami. Tymczasem ja stałam sama, zagubiona i nie wiedziałam, gdzie właściwie mam iść i co robić. Okazało się, że szłam do klasy 1c, integracyjnej. Gdy trafiłam na właściwe miejsce, zobaczyłam, że niektóre dziewczynki też nie mają nowych koszul i poczułam się raźniej. Jeden chłopiec był niziutki, jakby miał trzy lata, inny ciągle obracał się na boki i od czasu do czasu krzyczał coś niezrozumiałego. Szkołę miałam naprzeciwko bloku, w którym mieszkałam, mimo to nie pozwolono mi wrócić samej i musiałam czekać na opiekuna, którego nazywałam wujkiem, no bo jakby inaczej? Oczywiście zapomniał mnie odebrać, dlatego w pierwszy dzień szkoły wychodziłam o szesnastej jako ostatnie dziecko. Wówczas czułam to znajome uczucie, znowu ktoś o mnie zapomniał. Poczułam się bezpiecznie, bo to znałam i nie było mi obce, jak uwaga innych, do której z niewiadomych mi wtedy przyczyn lgnęłam.
Odkąd pamiętam, opieka nade mną była przerzucana z rąk do rąk. Do szkoły szłam sama, następnie lekcje, później bez obiadu do 16, bo do tej godziny funkcjonowała szkolna świetlica. Jako ostatnie dziecko wychodziłam ze szkoły. Przychodziła po mnie opiekunka, potem jadłam obiad z mrożonek, a następnie wieziono mnie na świetlicę do 20. I tak spędzałam 5 dni w tygodniu. W dniach wolnych od szkoły robiłam wędrówki po osiedlach, wracałam kiedy chciałam. Miałam swoją namiastkę wolności w izolowanym społeczeństwie. Poza tym był jeszcze jeden powód, dla którego opuszczałam mieszkanie, kiedy tylko mogłam. Dorosły syn moich opiekunów, który kiedy tylko mógł, wyżywał się na mnie z powodu własnych niepowodzeń w życiu. Zdarzało mu się mnie szczypać, wykręcać ucho czy rękę, za co go nienawidziłam, bo znów czułam tę samą bezradność, gdy mama mnie karała za samo moje istnienie. W tych chwilach byłam znowu słabą czterolatką.
Śnieżna stokrotka równa się odrzucenie
Zostałam rzucona na głęboką wodę, ponieważ nie znając liter, nie chodząc do przedszkola czy zerówki, poszłam do szkoły. Byłam najsłabszą uczennicą w klasie, ale robiłam wszystko co w mojej mocy, żeby zostać docenioną. Na religii kolorowaliśmy głównie Jezusa, świętą Maryję, Józefa i inne postacie związane z chrześcijaństwem. Tylko na tej lekcji mogłam się popisać. Pewnego dnia dostałam szóstkę za pokolorowanie rozłożonych rąk Boga. Chwaliłam się tym każdemu, komu mogłam, także synowi moich opiekunów. Ten patrząc na mnie z politowaniem powiedział:
– Dlaczego to jest niby Bóg? Równie dobrze mógłby to być Papa Smerf. Ludzie go sobie wymyślili, żeby się czuć bezpiecznie. Kurwa, pomyśl sobie, gdyby Bóg istniał , to czy byłabyś tu?
Jego mocne słowa wbiły mnie w ziemię. Cała euforia związana z uzyskaną oceną się rozpłynęła. Po raz pierwszy pomyślałam sobie, że być może on ma rację. Skoro Bóg nas kocha, jak mówiła katechetka, to czy pozwoliłby mnie skrzywdzić? Może zrobiłam coś złego i Bóg mnie nie lubi?
Pewnego dnia pani nauczycielka zapytała nas, kto chciałby wziąć udział w konkursie fotograficznym, którego tematem były kwiaty. Po chwili wahania podniosłam rękę do góry, obawiając się śmiechów, które mogły temu towarzyszyć. Ku mojej uldze, inne dzieci również zaczęły podnosić ręce. Wiedziałam, jakie zdjęcie zrobię. Na moim osiedlu było mnóstwo stokrotek. Zerwałam jedną i na tle innych sfotografowałam kwiatek. Stokrotki kojarzyły mi się ze śniegiem. Jedną trudno było zauważyć, ale całe pole stokrotek przypominało mi zaśnieżoną ziemię. Nazwałam to zdjęcie : „Śnieżna stokrotka”. Moja praca zajęła jedno z czołowych miejsc i dzięki temu w nagrodę pojechałam na wycieczkę. Nie pamiętam gdzie. Zapamiętałam jedynie słowa mojego opiekuna, gdy mnie z niej odbierał:
– Ty i twoi bracia zostaniecie przeniesieni do domu dziecka
Nie powiedział mi wprost, że już nas nie chcą. Nie musiał.
Smok Wawelski i ostatnie odrzucenie
Dom dziecka, do którego poszłam wraz z rodzeństwem, nie był najgorszy. Mimo że nie było przemocy fizycznej tak jak w innych domach, to i tak źle się czułam w tamtym miejscu, co potęgowało uczucie samotności, które towarzyszyło mi niemal codziennie. Dzieci często znęcały się nad innymi psychicznie, stosując szantaż emocjonalny. Sama tego zaznałam. Pewnego dnia, schodząc z trampoliny, usiłowałam przeczytać napis na sandałach Wiktora, bezgłośnie poruszając wargami. Ten, widząc to, chytrze się uśmiechnął i zawołał:
– Ciociuuu, Maja przeklina!
Oburzyłam się na to bezpodstawne oskarżenie. Bałam się, że opiekunka uwierzy Wiktorowi, więc przystałam na jego układ: on nie powie nic opiekunce, a ja będę z nim grać w różne zabawy, jakiekolwiek on zechce. Zapłakana i zasmarkana poszłam za nim na zjeżdżalnię. Punktem kulminacyjnym była gra w koszykówkę. Kazał mi trafić do kosza tysiąc razy. Uciekłam stamtąd, pędząc ile sił w nogach do opiekunki. Łkając i szlochając tłumaczyłam jej, że ja nic złego nie zrobiłam. Kolejna lekcja życia zaliczona.
Powoli zaaklimatyzowałam się. Dzieci bywały złośliwe, ale nie bardziej niż normalnie. Mogłam się z nimi pobawić, pograć czy spędzić ogólnie czas nie tylko w swoim towarzystwie. Aż pewnego razu… Przyjechała para szukająca dziecka. Oglądali nas, jak się bawimy. Miałam wrażenie, że lustrują nas wzrokiem, oceniają nasze sztuczki. Przypominało mi to wybieranie szczeniaka jako nowego członka rodziny, by się nim pochwalić. Wtedy niespodziewanie opiekunka zawołała mnie. Obok niej stała ta dziwna para. Byłam z nimi w pokoju z wielkim lustrem na ścianie i budowaliśmy z klocków. Po tej wizycie, były następne, ale tylko ze mną, bez braci. Dzieci szeptały między sobą, znienawidziły mnie. Mówiły, że to Wiktor powinien dostać nowych rodziców, bo on jest w domu dziecka najdłużej, odkąd skończył parę miesięcy. Nie wiedziałam jak na to reagować, ale w duchu trochę się cieszyłam, bo para była z Krakowa, a tam był Smok Wawelski! Czekałam, aż przyjdą znowu. Czekałam i czekałam, ale oni się nie zjawili już ani razu.
Sytuacja po parze z Krakowa powoli się unormowała. Dzieci już z mniejszą niechęcią patrzyły na mnie i z powrotem zaczęliśmy się wspólnie bawić. Ale ten pozorny błogi spokój nie miał trwać długo, bo wydarzyło się w moim życiu coś, co mogłabym porównać do bomby z nieba. Znowu zaprowadzono mnie do pokoju z lustrem, tym razem z moimi braćmi. Zaczęłam układać tę samą budowlę, co poprzednio, ale z innymi ludźmi. Była tam szalona pani w czarnych kręconych włosach i poważny pan. Pojawiali się na kolejnych spotkaniach. Przychodzili i nie zniknęli. Byli. Są. Będą. Od 10 lat jesteśmy rodziną, z chwilami smutku, z chwilami radości. Jesteśmy rodziną.
