Urszula Grodzka - Ostatni człowiek

Tacie

Uznaje oskarżonego winnym tego, iż „działając w zamiarze pozbawienia życia K.Z. kilkakrotnie pchnął ją nożem, powodując obrażenia ciała w postaci rany ciętej okolicy żuchwy lewej, rany kłuto-ciętej lewej strony szyi uszkadzającej tętnicę szyjną zewnętrzną lewą, kręg szyjny i prawą tętnicę kręgową, bardzo liczne rany cięte obu rąk przecinające mięśnie i ścięgna, ranę ciętą lewego przedramienia, rany kłute grzbietu po stronie lewej i na lewym ramieniu, których następstwem było wykrwawienie, manifestujące się klinicznie ciężkim, głębokim wstrząsem pokrwotocznym i zgonem pokrzywdzonej, tj. popełnienia przestępstwa z art. 148 § 1 kodeksu karnego”.

Powyższy fragment sentencji wyroku sądu nie zawiera informacji, że świadkiem zbrodni była, dziewięcioletnia wówczas, córka zarówno ofiary, jak i sprawcy. Że mąż zaatakował żonę, gdy zasypiała we własnym łóżku. Że w tym samym pokoju spał również ich czteroletni syn. Ostatnie minuty lekcji – siedzę jak na szpilkach. Płaszcz, czapka, wychodzę. Czwórką z Batorego, wysiadam na Mogilskim. Minuta pod drzwiami. Kroki stawiałam długie, a teraz oddycham głęboko z palcem nad domofonem. Wchodzę, muszę poczekać chwilę. Mijam się z kobietą, uśmiecha się do mnie delikatnie. Stojąc oko w oko z panem mecenasem Januszem Trześniowskim czuję się jak jagniątko wystawione na pożarcie. Ściskam mój marny zeszycik i przełykam ślinę. A całe moje trele-morele “debatanckie doświadczenie” ewidentnie zostało za drzwiami. Ale zza potężnego biurka wita mnie serdeczny uśmiech.

– Proszę siadać. Herbaty?

– Nie, dziękuję.

– Ja zawsze piję.

– W takim razie poproszę.

Z pięcioma przedstawicielami krakowskiej palestry w ciągu kolejnych tygodni rozmawiam o ludziach. Mam wiele trudnych pytań, ale oni przywykli na takie odpowiadać. Pan mecenas Jakub Abramowicz, pan mecenas Przemysław Grodzki (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa), pan mecenas Janusz Trześniowski oraz dwie panie mecenas, które zdecydowały się nie ujawniać swoich danych. Każdy z nich posiada ponad dwudziestoletnie doświadczenie w pracy w zawodzie adwokata.

Kodeks

Fragment wyżej przywołanego wyroku pochodzi z akt sprawy z początku lat dwutysięcznych. Zazwyczaj rozmawiam z tatą, ale dzisiaj, 6 października 2024 roku, rozmawiam z obrońcą. – Jak radzić sobie z własnym sumieniem, broniąc człowieka, który zamordował własną żonę na oczach dziecka? – pytam, mimo że znam zasady. Niczym mantrę powtórzy je każdy zapytany adwokat.

Każdy zasługuje na obronę.

Adwokat nie broni czynu, lecz człowieka.

Rolą adwokata jest dbanie o procedury i ochrona jednostki przed niesprawiedliwością i nadużyciami.

Dbałość o takie same zasady dla wszystkich.

Domniemanie niewinności.

Ale on zamordował. Człowieka. Matkę. Na oczach córki. Pryncypia mi nie wystarczą.

– To była jedna z najtrudniejszych spraw, jakie prowadziłem. Przede wszystkim dlatego, że skutki były nieodwracalne. Co oczywiste dla zamordowanej kobiety, ale również dla dziewczynki. Ukradzione pieniądze da się zwrócić, a ona ani matki, ani dzieciństwa nie odzyska już nigdy. Ten jeden raz brałem udział w przesłuchaniu dziecka w sprawie o zabójstwo. Odbywało się w gabinecie sędziego, nie na sali rozpraw. Dziewczynka, mimo upływu kilku miesięcy od zdarzenia, była w fatalnym stanie emocjonalnym. Kiedy tylko zaczynała się rozmowa, nawet najdelikatniejsza, o tym co się stało, zaczynała cała się trząść, płakać, chowała się za opiekunkę, wpadała w histerię. Wtedy zaistniały pewne formalne przeszkody w przesłuchaniu, ale nie wiem, czy byłbym w stanie o cokolwiek ją zapytać.

– Jak odizolować się od tych emocji?

– Na początku było bardzo trudno. Wiadomo, trzeba było robić swoje i do spraw podchodziłem profesjonalnie, ale później przeżywałem. Z czasem człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, skóra twardnieje. Nie można myśleć o sprawcy wyłącznie przez pryzmat jego czynu, należy patrzeć, jakim jest człowiekiem. Taka metoda może pomóc i często pomaga.

Na moje pytanie o emocje, jak jeden mąż odpowiadają, że ich to już nie rusza, że mają grubą skórę, profesjonalizm nie pozwala na emocje, wrażliwość tylko przeszkadza. Ale szczoteczki do zębów, dobre lub złe wieści i słowa otuchy wożą do aresztu nie kto inny jak oni.

– A zanim stwardnieje? – pytam.

– Zachowując oczywiście tajemnicę adwokacką można rozmawiać – odpowiada obrońca. – Tylko że pewne rzeczy trudno wytłumaczyć. Jak chociażby w tej sprawie. Wyrok. Apelacja. Kasacja. Sąd Najwyższy ma siedzibę w Warszawie. Kolega odebrał mnie z dworca i pyta, w jakiej sprawie przyjechałem. Więc bez szczegółów tłumaczę. Nasza linia obrony opierała się między innymi na tym, że zanim kobieta zmarła, został popełniony błąd lekarski, trzeba było więc zasiać wątpliwości. Jak już powiedziałem, nie zawsze walczymy o najwyższą stawkę, jaką jest uniewinnienie. Choć wydawać by się mogło, że oczywistym jest, dlaczego zginęła, rozproszenie odpowiedzialności bardzo by klientowi pomogło. A co jeżeli to wina lekarza?

– Dlatego pewnych rzeczy nie opowiada się rodzinie. Jeżeli nie zrozumieją? Nawet w dobrej wierze będą chcieli wysłuchać, ale nie będą w stanie patrzeć w ten sam sposób? – patrzy na mnie tata.

Pan mecenas Abramowicz o emocjach mówi oszczędnie, ale ja dopytuję.

– Czasami w dużej sprawie są emocjonalne wątki. Prowadziłem kiedyś sprawę człowieka, którego żona bardzo chciała, dla dobra innej sprawy, obwinić o coś. Wynikło z tego wszystkiego, że ten pan miał zakaz zbliżania się do swojej małej córeczki. Ale on nie mógł bez niej żyć, to dziecko było jego całym światem. I niestety łamał ten zakaz. Wiedziałem, że to jest dobry człowiek. W szczególności, że moja córka w tym samym czasie była w podobnym wieku. Nie mam pojęcia, co bym zrobił na jego miejscu. To jest trudne, zdecydowanie. Czasochłonne, żeby się uodpornić zarówno na własne, jak i cudze emocje. Ale ten instrumentalizm w pracy, pewien rodzaj znieczulicy, nie wyklucza empatii. Takie mamy zadanie, znaleźć balans.

– A przykład? – pytam.

– Kiedyś starszy obrońca powiedział, że adwokat musi podchodzić do sprawy jak rzeźnik do mięsa. To jest praca, nie każdy się do niej nadaje. Ale jeżeli będziemy rozczulać się nad każdą tuszą, to nie zrobimy nic.

– Na egzaminie na aplikację dostaliśmy zadanie obrony zakonu krzyżackiego. Co było robić, trzeba było działać – wspomina tata. – Od początku nawet teoria przygotowuje nas do obrony tych, których nikt nie broni albo zdecydowana mniejszość.

Jak Wam nie wstyd?

Pod palcami czuł wzorek niedawno krochmalonego obrusa, a w ustach smak rodzinnego serniczka.

– Jak ty możesz bronić tego pedofila?

– Ciociu, każdy człowiek zasługuje na obronę, to jest moja praca – odpowiedział młody adept adwokackiej sztuki.

Cisza rezygnacji. Uniwersalne doświadczenie utożsamiania obrońcy z oskarżonym pojawia się w nieomal każdej rozmowie. Wśród tak rozumującego gremium są zarówno młodzi chłopcy z nieco zbyt nażelowanymi włosami i pustą błyszczącą teczką, jak i wujkowie i ciocie przy rodzinnych okazjach. Bardzo trudno jest im to zrozumieć, dopóki coś w ich życiu się nie stanie i sami będą potrzebować adwokata, tłumaczą obrońcy.

– Nie zdajemy sobie sprawy z tego, co się może przytrafić. Głupota, przypadek, trudna sytuacja życiowa, której sobie nigdy nie wyobrażaliśmy i robimy rzeczy, do których, dalibyśmy sobie rękę uciąć, że nigdy się nie posuniemy – mówi mi tata. – Tutaj jest rola adwokata, niewielu chciało znaleźć się w naszych progach. Jesteśmy ostatnimi, u których planowali być. Ostatnimi, u których by się znaleźli, gdyby wszystko poszło dobrze.

Skalpel argumentu

– Bardzo łatwo jest popaść w chęć zemsty. „Śmierć za śmierć!”. „Dożywocie co najmniej!”, tak powiedzą media, znając urywki. Wszystko kryje się w aktach, nawet najmniejszy szczegół może być znaczący. Rolą adwokata jest odnalezienie człowieka w człowieku, przesłanek, które będą grać na jego korzyść. Bo “obrona nie zawsze walka o niewinność” – słyszę od mecenasa Abramowicza.

– Ci ludzie wcale nie są kryształowi, a my nie boimy się tego przyznać. Ale czymże byłby nasz system, gdybyśmy twierdzili, że im cięższe przestępstwo, tym mniejsza przysługuje obrona? Zarówno, kiedy zarzuca się kradzież roweru, jak i morderstwo, masz takie same prawa.

Potem odkryję, że kazus z kradzieżą roweru jest dla obrońców jak przepis na pomidorówkę dla kucharzy. - Jeżeli będzie trzeba, przesłuchamy dwudziestu świadków – tłumaczy mecenas Trześniowski.

Ta praca jest ogromną odpowiedzialnością za ludzkie życie. Niezależnie od kalibru, bo dla każdego jego sprawa jest najważniejsza na świecie. Nie ma znaczenia, czy to rozwód, alimenty, spadek, droga konieczna, morderstwo kolegi, błąd lekarski albo sprawa o zapłatę.

– Rolę adwokata można przedstawić też takim przykładem – mówi tata. – Brałem udział w sprawie o nieumyślne spowodowanie uszczerbku na zdrowiu jako obrońca kierownika budowy. Nie zostały spełnione wymogi BHP związane z rusztowaniem i pracownikowi stała się krzywda. Słuchaliśmy biegłego do spraw bezpieczeństwa, który wysunął osiem punktów, w których przedstawiał zaniedbania. Byłem bardzo dobrze przygotowany do sprawy. Często wymaga to zgłębienia tematu, o którym się nie miało wcześniej pojęcia. Zadawałem biegłemu takie pytania, że po kolei wycofał się ze wszystkich swoich tez. Klient został uniewinniony. I to nie o mnie tutaj chodzi, tylko o to, jak wiele zależy od obrońcy, ile można zyskać, a ile stracić. Gdyby biegły nie odwołał swojego stanowiska, zapadłby inny wyrok i życie tego człowieka potoczyłoby się inaczej. Brzmi to patetycznie, ale to często prawda.

Sprawa ważna

W dwóch różnych rozmowach, niezależnie pojawia się temat żydowskich obrońców po II wojnie światowej. W Norymberdze był sądzony człowiek oskarżony o zbrodnie wojenne. Żydowski adwokat, którego rodzina zginęła w obozach koncentracyjnych, nie zdecydował się na wystąpienie w tym procesie jako jego obrońca. Wiedział, że nie będzie obiektywny. Mówił jednak, że każdy człowiek zasługuje na sprawiedliwy proces i obronę; nazisty bronił ktoś inny.

– Jeżeli on nie kwestionował podstawowych zasad, to my tym bardziej dajemy radę – opowiada mecenas Trześniowski.

Słyszę też historię o powojennym Krakowie. Obrońcy, w większości żydowscy mieli niepisaną umowę – z wyboru nie bronili zbrodniarzy.. Inaczej sprawa miała się przy obronie z urzędu, wtedy nie było mowy o rezygnacji – obowiązek pozostawał obowiązkiem.

Pan mecenas Abramowicz między wierszami rzuca dla kontekstu coś o sztuce teatralnej o Rudolfie Hessie.

– Życie pisze najdziwniejsze scenariusze, mnie siedemdziesiąt lat po wojnie przyszło bronić z urzędu pewnego złodzieja, który ze wspólnikami, na zlecenie jakiegoś szwedzkiego mocodawcy, ukradł z Auschwitz napis „Arbeit macht frei”. Tę sprawę obserwowała cała Europa – wspomina tata.

Jako najgorszych obrońców mecenas Trześniowski charakteryzuje adwokatów pary prezydenckiej Nicolae Ceaușescu oraz jego żony Eleny. Komunistyczni przywódcy podczas prowizorycznego procesu, podczas którego zostali skazani na karę śmierci, byli reprezentowani przez obrońców. Adwokaci nie wypowiedzieli ani słowa.

– Nawet nie wyobrażam sobie jak można było milczeć, kiedy prokurator wnioskuje o śmierć dla twojego klienta! To jest zaprzeczenie obrony, czegokolwiek by nie zrobili! Każdy, zasługuje na sprawiedliwy proces. Nawet jeżeli mieliby zostać skazani, to nie można, absolutnie, przeprowadzać tego w tak karygodny sposób. Nie bronię ich, a systemu. Obrońca jest jego integralną częścią, a jego rolą jest bronić.

Ostatni

Kiedy człowiek trafia do aresztu, stawiane mu są zarzuty, odbierane rzeczy, on zostaje sam. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Zazwyczaj ludzie się od niego odwracają. Nie do końca wie, co się z nim stanie dalej. Adwokat jest jego ostatnią szansą, łącznikiem ze światem. Jest jedyną osobą po jego stronie. To jest niezwykle istotne, żeby wysłuchać człowieka, a nie traktować go jak zwierzęcia w klatce. Oni mają poczucie, że mogą się wytłumaczyć obrońcy, on jest tym, który ich słucha. W rozmowach z adwokatami uderza mnie ogrom empatii, jaki mają dla każdego. Lata doświadczenia, to wiadome, ale ja waham się nad aktami z tą wyrozumiałością. Dla nich jest oczywista.

– Jakimi wartościami kieruje się pan w swojej pracy?

– Żeby być dobrym obrońcą, trzeba lubić ludzi, starać się ich zrozumieć. Wyniosłem to z domu. Ojciec, który również był adwokatem, przekazał mi takie podejście. Prosił nawet, aby napisać mu to w klepsydrze. Człowiek bardzo często popełnia błędy, robi po prostu głupoty. Do tego bywa bardzo samotny. Adwokat często jest nie tylko obrońcą, ale również wsparciem psychicznym dla swojego klienta. Inaczej się nie da, bez tej wyrozumiałości – słyszę od mecenasa Trześniowskiego.

Zupełnie niezależnie dostaję odwrotną odpowiedź od mecenasa Abramowicza.

– Ja generalnie nie jestem fanem moich bliźnich i nie uważam, żeby ludzie z zasady byli dobrzy. Ale to dobro trzeba próbować znaleźć w człowieku i taka jest często nasza rola. Czasami do klienta jeździ się wiele kilometrów, nie tylko zawieźć mu papiery do podpisania, ale koc, ubranie na zmianę inne niż więzienny drelich. Raz musiałem przekazać chłopakowi informację, że go dziewczyna zostawiła i go pocieszać, że to nie koniec świata. Na tym to polega.

Jesteśmy ludźmi

– Czy czuł pan kiedykolwiek obrzydzenie do klienta, którego pan bronił? Muszą się zastanowić, ale nie wstydzą się swoich słów. – Tak – odpowiadają jednogłośnie. Padają przykłady. Od kartek notatnika odwracam później wzrok.

– Co jest dla Pań największą trudnością w tej pracy?

– Jest na pewno wiele czynników, ale ja bym wyróżniła relację z klientami - to bywa problematyczne. Oni mają oczekiwania, że my na tej sali jak w amerykańskich filmach wyjdziemy zza stołu i w płomiennej mowie obrończej wypełnionej kruczkami prawnymi zagniemy wszystkich, a oni będą uniewinnieni i jeszcze może odszkodowanie dostaną. Oczywiście zawsze staramy się robić, co w naszej mocy, ale tak to nie wygląda.

– Emocje klientów też bywają problematyczne – dodaje druga pani mecenas. – To się w sumie łączy z mylnymi oczekiwaniami. Ludziom się czasem wydaje, że my nie chcemy im pomóc, albo co gorsza działamy na ich niekorzyść. Wyobrażają sobie, że powinno się złożyć konkretny wniosek, który obiektywnie nie jest dla nich korzystny. Często to jest walka, żeby wytłumaczyć jak się powinno zrobić.

Bo „największym wrogiem adwokata bywa jego własny klient”, powtarzał mecenas Trześniowski senior. Patron mecenasa Przemysława Grodzkiego.

– I, niestety, często niesprawiedliwość. Miałyśmy sprawę stwierdzenia nabycia spadku. Dowodem w sprawie był testament sporządzony przez wiejską babulinkę. Wiadomo było, że coś się nie zgadza, bo kobieta nie umiała pisać. Świadkowie zeznawali, że jej dzieci chodziły do sąsiadki, żeby im pisała zwolnienia ze szkoły. A w tym testamencie jednemu spadkobiercy przypadał bardzo duży udział. Wszystko trochę podejrzane. Ale biegły grafolog uznał, że to było napisane jej ręką. Żadnych dowodów więcej nie było, nie można było nic zrobić, a wiedziałyśmy po ludzku, że prawda jest po naszej stronie. To było trudne. Niestety takie sprawy się zdarzają.

– Czy klientowi zawsze się wierzy?

– Powinno się. Natomiast nie wolno dopytywać. Ja wolę nie wiedzieć, wtedy łatwiej się broni, bo można wierzyć w tę wersję, którą on przedstawia.

– Z czysto procesowego punktu widzenia, lepiej wiedzieć – dodaje wspólniczka.

– Żeby nic nie wypłynęło podczas sprawy, powinno się znać całą prawdę. Choć faktycznie psychicznie rzecz biorąc lepiej nie wiedzieć, jeśli mówimy o sprawach karnych.

– Mogę przytoczyć historię mojej mentorki – kontynuuje pani mecenas. – Lata temu przyszedł do niej do kancelarii klient oskarżony o brutalny gwałt, którego się wypierał. Długo rozmawiali i zrobiło się późno, wszyscy współpracownicy poszli do domów. Pytasz czy klientowi się ufa? Ona na pewno ufała, ale jednocześnie bardzo chciała, żeby wyszedł.

To samo pytanie zadaję pozostałym adwokatom. Jednogłośnie twierdzą, że wolą nie wiedzieć, a w etyce ich pracy jest niestawianie klienta pod ścianą. Nie drążą dla obopólnego dobra. – Bardzo często klientom wydaje się, że my ich oszukujemy, okradamy i jesteśmy w ogóle ucieleśnieniem zła – uśmiechają się obrońcy.

Czy pokrzywdzenie danym przestępstwem wpływa albo wpłynęło kiedykolwiek na obronę?

– Wczesne lata dwutysięczne, zima. Dostałem klienta z urzędu, więc dopiero będę czytać akta, nie wiem co się stało. Wcześniej niż wiedzę o sprawie uzyskuję możliwość widzenia z klientem. Wychodzę z bloku, podchodzę do samochodu: szyba wybita, radio wyrwane. Ale co było robić, jadę. W uszy tylko trochę chłodno. Docieram na miejsce, otwieram teczkę. Klient został zatrzymany pod popularnym wtedy zarzutem kradzieży radia samochodowego. Trzeba było przełknąć gorycz i wziąć się do roboty. To był głupi przypadek, że akurat wszystko się stało tego samego dnia i na przestrzeni lat raczej śmieszna sytuacja – nie ukrywam, że chętnie słucham tej historii po raz wtóry. Natomiast w poważniejszych sprawach to wszystko zależy.

— To jest poważny zawód, ale rzeczy, które się czasami zdarzają, bywają komiczne, albo wręcz absurdalne. Broniłem kiedyś człowieka, który ukradł pick-upa z hotelowego parkingu, żeby pojechać na stację benzynową kupić sobie papierosy. Zdecydował, że tak mu będzie szybciej. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów zorientował się, że na pace auta są balony, porzucił więc samochód na poboczu, a dalej niezrażony poszedł pieszo. Pytasz o trudne sprawy, ale to też jest część naszej pracy – opowiada mecenas Abramowicz.

Epilog

Pytam też o sądownictwo. Jak to jest z tą sprawiedliwością?

– Tonący okręt.

– Sądownictwo sprawują ludzie przypadkowi, mają zbyt dużo pracy, nie wiedzą, jak naprawdę wygląda na przykład tymczasowy areszt i szastają nim na prawo i lewo.

– Sprawiedliwości nie da się absolutnie zdefiniować.

– Wyroki słuszne nie zawsze muszą być sprawiedliwe.

– Racjonalności i doświadczenia życiowego im brak.

– Każdy dobry sędzia musi uzasadnić swój wyrok.

Obronę charakteryzują jako bezpiecznik tego systemu. Aby jednostka nie zginęła w procedurach, była potraktowana jak najbardziej sprawiedliwie. Nie poprzestają na negatywach, tłumaczą mi, na czym polega problem. Przecież nie wszyscy sędziowie to zblazowani urzędnicy, ale nie zmierzamy w dobrą stronę. Na koniec wracamy do zasad. Wyjątkowo stabilne kierunkowskazy zawsze są na swoim miejscu. Czy chciałby pan mecenas dodać coś od siebie?

– To jest piękny zawód, ogromna satysfakcja i jeszcze większa odpowiedzialność, czasem niestety niesprawiedliwość i przykrość – słyszę od mecenasa Janusza Trześniowskiego.

Nie do odzobaczenia

Nie udało się. Zapadka w podłodze w areszcie śledczym na ul. Montelupich w Krakowie jest ostateczna. Dalszego odwołania nie przewiduje się. Adwokat może być obecny przy egzekucji własnego klienta. Jeszcze w latach 80. XX wieku tak wymierzano ówczesną sprawiedliwość. Czy patrzyli? Nie wiem.

Licznik odsłon: 790
2026  Turniej Reportażu   globbersthemes joomla templates