Nagroda Prezydenta Wrocławia
Maja Janoszek - Asłysz
Dla tych, którzy słyszą już tylko siebie.
Marina Kowal
Rozlana kawa, potłuczone kawałki starej porcelany. Siedziałyśmy w kuchni, a raczej to ja siedziałam na taborecie pod oknem. Metr przede mną podłoga była już brudna, a kawę rozcieńczały łzy. Patrzyłam na nią z uniesionymi brwiami. To był mój pierwszy dzień z czterech. Pierwszy raz przyjechałam do kuzynki od czasu wypadku. Krakowskie mieszkanie nie było specjalnie wielkie.
Wystarczające dla 22-letniej singielki, która nie miała psa ani kota. Miała za to meble i płyty, dużo płyt. Od takich wykonawców jak The Kinks po ArticMonkeys czy jakiś stary album Milli Vanilli, który leżał na atlasie anatomicznym Franka H. Nettera. Kupiła go na studia. Teraz nie wychodziła już z domu. Obok stary odtwarzacz marki SONY, który sprezentowałam jej na 20. urodziny. Wciąż go używała. Tylko teraz służył do innych celów. Do wzburzenia świata. Na krześle jej telefon. Ciągle pikał, wiadomości z Messengera, Instagrama i innych mediów społecznościowych. Nie czytała ich. Włączyłam dyktafon. Będę rejestrować nie-ciszę, moją kuzynkę Marinę.
– Co robisz? – zapytałam, widząc, że wchodzi do salonu. Wzięła pierwszą lepszą płytę i włączyła. Podniosłam się do siadu. Wyłączyłam odtwarzacz. Nie spojrzała na mnie. Nadal spoglądała na regał z płytami.
– Nie słyszę ich! – krzyknęła. Skrzywiłam się, zatykając własne uszy. Wstałam z kanapy tylko po to, żeby zrobić dla nas śniadanie. Ona poszła do łazienki. Miałam nagrać z nią wywiad. Nagrałam ciszę, która miała tyle mi powiedzieć...
Rutyna
Stała przed lustrem. Robiła to cyklicznie, co 60 minut. Patrzyła prosto w swoje oczy. Obracała głowę w prawo, przesuwała palcem po płatku ucha. Badała swoje ucho. Kiedyś, jeszcze dwa lata temu jej dłoń sunęła po kartkach podręczników, później skrzętnie przygotowywała preparaty, uczyła się na tzw. szpilki. Jest to potoczna nazwa dla egzaminu praktycznego z anatomii, w trakcie którego studenci muszą rozpoznać strukturę preparatu anatomicznego, oznaczoną szpilką. Rzuciła to na rzecz badań praktycznych w swojej łazience. Paznokieć wbijała z całej siły w małżowinę uszną. Drapała, aż poczuła krew na opuszku palca. Kiedy ucho było już wystarczająco czerwone, odwracała głowę na drugą stronę i powtarzała swój rytuał. Nieustannie patrzyła w swoje lustrzane odbicie. Ostatnią częścią rytuału było zamoczenie patyczków do uszu w zimnej wodzie. Nie wiem, jak bardzo zimnej, ale zanim je pomoczyła, czekała cierpliwie, patrząc na kapiącą z kranu wodę.
Kiedy cierpliwość się kończyła, odkręcała kurek bardziej. Mokre patyczki wsuwała do uszu. Tak wyszła też tego dnia z łazienki. Usiadła przy stoliku w kuchni. Podałam jej kawę, która chwilę później wraz z filiżanką upadła z hukiem na podłogę. Patyczki zaraz potem też wypadły z uszu. Powycierałam podłogę, kolejna filiżanka skończyła w koszu. Ten cały poranny rytuał służył temu, żeby każdy, kto akurat był z nią w mieszkaniu, mógł usłyszeć: – Nie słyszę!
Zwroty grzecznościowe
Przyjechałyśmy tramwajem. Całą drogę trzymałam ją za rękę. Próbowałam mówić do niej wyraźnie, chcąc, by czytała z ruchu warg. Nic. Przewracała oczami, jeszcze bardziej zdesperowana, mocniej chwytając mnie za rękę. Próbowała zachowywać się, jakby nadal słyszała. Kiedy kogoś trąciła ramieniem, mówiła „przepraszam”. Jednak te przeprosiny były trzy razy zbyt głośne, wszyscy na nas patrzyli ze zdziwieniem. A może patrzyli, bo nikt normalny nie mówi wszystkim „dzień dobry”? Na najbliższym przystanku pociągnęłam ją za rękę i wyszłyśmy. Idąc za mną, rozglądała się w każdą stronę. Ostatni raz poza mieszkaniem była w dniu, kiedy wypisano ją ze szpitala 20 kwietnia 2021 roku. Dzisiaj był już 5 lipca 2021. Kolejnym tramwajem dojechałyśmy się na ulicę Prądnicką. Usiadłam pod gabinetem, nie chciałam wchodzić, wtrącać się. Niewiele bym pomogła. Miejski Szpital Specjalistyczny im. Gabriela Narutowicza – to tu trafiła po wypadku. Jak człowiek może stracić słuch, ot tak? W jeden dzień, w jedną sekundę, w parę milisekund? Na korytarzu wisiał zegar, który wskazywał 13:47. Usłyszałam, siedząc tuż zza drzwiami, jej głośne „dzień dobry!”.
Głuchota
Ulica Lucjana Rydla i jedno ze studiów nagraniowych, które można bez problemu wynająć. Kompleksowa usługa dźwiękowa, remix, sampling, efekty dźwiękowe, autotune w cenie. Dwa dni sesji studyjnych były prezentem, niespodzianką od krakowskich znajomych, jeden z nich nawet pracował w tym studiu (Arek pseudonim Glacu). Nie dopilnował sprzętu. Tamtego dnia Marina napisała do mnie. Była szczęśliwa. Dostałam nawet tekst jej autorskiej piosenki pod tytułem „Cichosza“. Ale następnego dnia czytałam już długą wiadomość na messengerze. A raczej kilka: „Cholera, nie słyszę, rozumiesz? Jestem w szpitalu na Prądnickiej z ojcem i Kornelią. Jestem głucha”.
Studio nie było wielkie, ale pomieściło ją, dwóch gitarzystów, siostrę Kornelię, która grała na trójkącie i cymbałkach. Mieli nagrać razem trzy covery i piosenkę „Cichosza“. Zdążyli nagrać tylko minutę i parę sekund piosenki. Przerwali po pierwszej zwrotce i refrenie. Marina chciała posłuchać, czy nie śpiewa za wysoko. Ubrała słuchawki, aby odsłuchać te próbki, które już mieli.
Przesłuchała cały fragment pięć razy, co chwilę kreśląc poprawki na tekście. Zalecane jest ściąganie takich słuchawek co parę minut. Ona dalej miała je na głowie. Doszło do zwarcia, bo zaczęli grać ponownie. Nie wiadomo, dlaczego do tego zwarcia doszło. Mikser głośności zaciął się, pozostając na najwyższym stopniu. Nie zdążyła ich zdjąć. Potem już nie wie, co się działo. Nie słyszała niczego, nikogo. W jej życiu zapanowała kompletna cisza, a gdzieś w tle nadal przez słuchawki można było słyszeć jej piosenkę.
Komunikacja werbalna i niewerbalna
Trzeciego dnia siedziałam przed nią na podłodze, ona na kanapie. Uważnie patrzyłam jej w oczy. Nie mogłyśmy całe życie rozmawiać poprzez SMS-y czy Messengera. Musi w końcu zacząć normalnie żyć. Jeżeli w ogóle da się jeszcze tutaj normalnie żyć...
– C-O C-I P-O-W-I-E-D-Z-I-A-Ł L-E-K-A-R-Z? – zapytałam, literując każdy wyraz bardzo dokładnie. Otwierałam usta jak najszerzej i jak najwolniej, żeby mogła cokolwiek zrozumieć. Cokolwiek... Ale nic. Patrzyła prosto na mnie, przez zaciśnięte usta nie wyszedł ani jeden wyraz. Nic. Postęp był zerowy. Postanowiłam spróbować jeszcze raz.
– T-Y – pokazałam na nią znowu, literując każdy wyraz. Wyprostowała się, a jej usta otwarły się.
– Ech... – westchnęła i poszła do łazienki odbyć swój rytuał. Wzięłam poduszkę i kiedy zniknęła za drzwiami łazienki, uderzyłam w nią z całej siły pięścią. Zegar na ścianie tykał. Życie Mariny jak woda spływało po jej dłoniach. Nie chciała nic z tym zrobić. Nie tylko ja próbowałam. Próbowała pielęgniarka, mama Ania, ojczym Kuba, siostra Kornelia, próbowali znajomi. Nic. Zamknęła się przed światem w mieszkaniu na Zina. Wstałam, patrząc na nią. Zostawiła otwarte drzwi. Nadal próbowała cokolwiek poczuć. Nigdy nikt nie przerywał jej rytuału, ale tym razem ja to zrobiłam.
– Zostaw... – szepnęłam, biorąc jej dłonie w swoje. Patrzyłam na nasze ręce, czując jak jej łzy spływają po nich. Płakała. Tak bardzo płakała. Codziennie, może nawet parę razy dziennie.
Poszłyśmy powoli do salonu, gdzie na stoliku stał jej laptop. Otworzyłam Worda i napisałam krótką notatkę: „Powiedz coś”. Dalej cisza. Przerwał ją rytmiczny stukot w klawiaturę. Pisała. Pisała tak szybko, jakby nie zastanawiała się nad niczym, a słowa tkwiły od lat w jej głowie, nauczone na pamięć, a teraz tylko skrzętnie recytowane. Stukot był tak mocny, jakby sama chciała go usłyszeć.
– Ludzie patrzą na mnie jak na idiotkę. Mogę tylko patrzeć, wzruszać ramionami. A nie, nawet tego nie zrobię, bo nie wiem, na co miałabym wzruszać. Nie rozumiem was, was wszystkich. Dlaczego sądzicie, że zrozumiem, co mówicie? Że wam odpowiem? Jak? Nie umiem, nie potrafię. Machasz rękami, wyginasz usta, po cholerę. Ja nigdy nie zwracałam uwagi na ruch warg, nigdy nie musiałam uczyć się migowego. To wasze pokazywanie, wymachiwanie rękami dla mnie to są kalambury. Bawicie się mną, a potem krzyczycie, wywracacie oczami i chodzicie po mieszkaniu. Nie chcecie rozumieć. Zważacie tylko na to, żebyście wy mogli mnie zrozumieć. Nie chcecie, żebym ja zrozumiała. Nie chcecie mieć problemu. Myślicie, że zostawiając mnie samą w mieszkaniu, coś poradzicie? Poukładam sobie w głowie. Co? Ciszę? Brak nowych informacji. Piszecie nawet na mess tak łopatologicznie, jakbym nie umiała czytać, miała 3 lata. Nie mam 3 lat, a czuję się gorzej niż chory umysłowo noworodek. Jakiś asłysz.
Ostatniego dnia mojego pobytu w Krakowie dzień wyglądał jak zawsze. Zjadłyśmy śniadanie, wrzuciłam do kosza rozbitą filiżankę kawy, potem odkaziłam rozdrapane uszy, posprzątałyśmy mieszkanie, druga filiżanka. O 17 miałam pociąg do domu. Pożegnałyśmy się tak jak zawsze. Marina uczyła się migowego, próbowała. Jedyne, co mogła zrobić, to pisać. Pisała piosenki, których nigdy nie zaśpiewała, na studia też nigdy nie wróciła, bo jak? Odeszła 5 maja 2024 roku. Z własnej woli – popełniła samobójstwo. Mieszkanie jest na sprzedaż. Płyty grają w pokoju jej siostry.
Atlas anatomiczny
Fale dźwiękowe mają to do siebie, że ich zbyt wysoka częstotliwość lub głośność może być dla nas niebezpieczna. Przewód słuchowy jest narażony na uszkodzenie. Głuchota może być nagła czy też postępująca. Głuchotą nazywamy głęboki (ostatni) poziom zaawansowania upośledzenia słuchu. Ponad 5 procent światowej populacji cierpi na ubytek słuchu lub głuchotę (432 miliony dorosłych i 34 miliony dzieci). WHO szacuje, że do 2050 roku u co dziesiątej osoby wystąpi niepełnosprawność z powodu utraty słuchu. Fora internetowe mówią o nauce języka migowego, czytaniu z ruchu warg, o programach jakiejś pomocy takim osobom. Osoby cierpiące na głuchotę nagłą nie są w stanie nauczyć się języka migowego czy czytania z ruchu warg tak sprawnie jak te, które nie słyszą od maleńkości. Języka migowego będą uczyć się latami. Niewyrażalnego, przez nas sugerowanego dzięki metaforom, nigdy nie wyrażą. W migowym nie ma abstrakcji, jest prosty komunikat, żeby przetrwać w społeczeństwie. Głuchą osobę zrozumie w pełni tylko inna głucha osoba. Mariny nikt nie potrafił zrozumieć, nikt nie potrafił też pokazać bliskim, jak spróbować. Niczego nie potrafiliśmy.
Nazwisko głównej bohaterki zostało zmienione na prośbę rodziny.
