Nagroda Dyrektora Departamentu Edukacji
Anna Frodyma - Córki niczyje. Córki pańszczyźniane
Oto historia dwóch sióstr, dwóch nieprzecinających się światów i różnych żyć, lecz tej samej przeszłości. Wywózka, strach i głód. Bieda przenikająca każdy skrawek życia. Odebrane dzieciństwo. Po cichu i nieodwracalnie.
Maria
Wywieźli ich do Rosji, bo tak wywozili wtedy, cztery miesiące jechali pociągiem. Mieli ubrania, mieli jeszcze konia. Tato mój był kowalem i przez to było troszku im lepiej, bo tam potrzebowali kowala. Jak pociąg stanął, jak zobaczyli jake rzekę albo co, to brały co mogły, najwięcej patrzyli, żeby koń się napił. Mama moja mi opowiadała, jak brali buty długie i spodnie, i szły prędko, żeby słonko nie stanęło i Ruskie ich nie złapały. Pszenica tam była i łubin tam był, i wszystko było, i pchały w spodnie, i potem sobie w domu z łubina placki robiły. Pchały w domu na stół, na gazetę zboża różne i z tego mąka była, i z tego żyły.
Blok przy Piłsudczyków, trzecie piętro. W mieszkaniu po prawej stronie od schodów mieszka tradycyjna polska rodzina. Żona, mąż, ich córka Gosia i syn Marcin.
Marysia urodziła się zimą 1945 roku w Małojarosławcu na Besarabii (dzisiejsza Mołdawia), niewiele z tego pamięta, bo do Polski wróciła mając półtora roku. Ochrzczona w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Sieniawie staruszka, pomimo sędziwego wieku dokładnie pamięta opowieści swojej mamy.
Taki był ksiądz Brodowicz, gadał: czekaj, czekaj ona sobie polata, polata i przyjdzie. Trudno mnie było złapać, żeby mnie ochrzcić. Na religie my do Sieniawy chodziły, na roraty się wstawało raniutko, na pasterkę się szło. W Rudce tylko ta cerkiew była, to sie tak chodziło tyle kilometry. Jak miałam komunię, dziecko, to mnie drewnianym wozem wiozły. Wszystko miałam pożyczane. Buty od Kozłowicza, bo tam paczki przychodziły. Sukienkę nawet nie wiem od kogo. Przed komunią zawsze dwie godziny nie wolna było jeść. Jak my wyszły z kościoła, to pamiętam jak dziś, kubek kakao nam dali i postne bułke. Takie ło było jedzenie po komunii. Wróciły my do domu, to już gnały do roboty. Mama nie miała nawet wiele czasu, bo my mieli pole, mieli my wszystko, pasłam krowy, mama przyszła mnie zapleść w polu, jak dziś pamiętam – miałam niebieskie wstążeczki.
Jej ojciec Stanisław pochodził z Dąbrowicy, lecz później z żoną Katarzyną zamieszkali na Lichmanach, nieistniejącej już osadzie należącej do wsi Dobra w województwie lwowskim (obecnie podkarpackim). Po powrocie do powojennej Polski Kotulowie osiedlili się na stałe w mojej ukochanej Rudce, gdzie Stanisław znalazł pracę kowala.
Koło akacji była kuźnia i tato tam robił w tej kuźni, tam się schodziły pijaki, a że tata se lubił wypić i sklep był blisko, poprzynosiły małe buteleczki, pospijali tatę, a on za byle co im pługi klepał i wszystko, kiedy bądź pijany był. Mama zawsze gadała, idź Maryś, idź zobacz tam do niego. Ja wiedziałam, że jak przestał w kowadło bić, to znaczyło, że tata już pijany. Ja żem poszła tam do niego, a on za tym kowadłem pijaniutki leżał. Ja żem zamknęła kuźnie i dopiero jak ciemno było, jak ludzie poszły, wtedy my dopiero z mamą tate pijanego do chałupy prowadziły. No i ło tak było, ja żem z nim doznała krzyża pańskiego.
Marysia przez dwa lata chodziła do Pawłosiowskiej szkoły rolniczo-ogrodniczej (ja tam byłam i Kozłowiczowa. Z Radawy, z Mołodycza dziewczyny tam były). Po jej ukończeniu wróciła do rodzimej wsi zmuszona podzielić los każdej dziewczyny z wiejskiej, biednej rodziny. W wieku 17 lat rozpoczęła pracę w Izabelińskim PGR-ze. Pracowała za siano. Siano skoszone przez jej ojca, by móc utrzymać gospodarkę. Odrabiała (Jaśka mi do figury obiad przynosiła). Nosząc snopki, kaleczyła sobie i tak już spracowane, młode ręce. Z nostalgią w spojrzeniu wspomina o zrobionych przez jej mamę rękawiczkach z powiązałki.
Trza było złapać za ten sznurek i zanieść. My robiły takie styrty jak stodoły są, ja siedziała tam na wieszku i jakżem popatrzyła na ziemię – Matko Boska jak daleko, oczym zamrużyła i zaczenam tam płakać, a ony zaczeny się śmiać:będziesz tam dzisiaj spać! Przyjechał taki brygadzista ze Sieniawy, przyszedł i gada tak: co wyście pogłupiały, postawcie jej widły, to pomału zejdzie. Dobrze, żem spodnie miała. Brygadzista złapał mnie i mówi: ta gdzie, Maryś, gdzież byśmy my cię zostawiły, ty taka pracowita. No i takim ło dziewczęciem byłam.
Później przez następne sześć lat gotowała na stołówce (gotowały my obiady, zupy czasem nawet po 70 litry, tak ludzie brali. Różnie my gotowały, pierogi my robiły i naleśniki my robiły). Potem zatrudniła się przy produkcji wikliny, gdzie jako młoda dziewczyna poznała kierowcę Stanisława, przyszłego męża, z którym założyła rodzinę, witając na świecie pierworodną Elżbietę.
Janina
Janina urodziła się w roku 1939 we wsi Dobra, w ówczesnym województwie lwowskim. Wraz z rodzicami mieszkała tam w przysiółku Lichmany, liczącym około dziesięciu domostw. Jednym z nich był ich dom w głębi lasu, pośród lipowego gaju rosły grusze, jabłonie, orzechy. Dziki sad był dla nich azylem wśród wojennej rzeczywistości pełnej niepewności, krzywdy i smutku. Niestety, nie tylko dla nich. Wraz z wkroczeniem 17 września do Polski wojsk Armii Czerwonej ich przyszłość miała się zmienić. Do pełnych spokoju Lichman także dotarli Rosjanie. Bardzo odpowiadała im ustronna, daleka od niepokoju wojny lokalizacja. Cała wieś została wysiedlona do Besarabii na miejsce tamtejszych Rumunów, którzy to zostali wywiezieni do Niemiec. Jak sobie Ruski chciał, tak sobie zrobił.
Marzec 1941, Małojarosławiec, rejon Tarutiński, obłast Izmailski, Besarabia
Proszę ja ciebie, jak wygonili tych Rumunów, tośmy weszli do domu pełnego. Krowy, konie były. Mojemu ojcu dali specjalnie takie gospodarstwo, gdzie była kuźnia, bo był kowalem. Dali nam też dwa hektary winogron, proszę ja ciebie – produkcja wina. Hektar białego i hektar czarnego. Dom był drewniany, miał dwie izby. Wszystkie okiennice były na zewnątrz. Bardzo atakowali, żebym poszła tam do szkoły, ale mama z tatą nie chcieli się zgodzić, dobrze zrobili. Powiem ci tak: front trwał tam jeden dzień, jak czołgi przejechały przez nasze podwórko, to cały sad z korzeniami wyrwały. Zabili nam Niemca pod oknem, a że mieliśmy tak okiennice, to się zamknęły. Nie można było go pochować. Leżał trzy dni, dopiero jak wszystko się uspokoiło to przyszli mężczyźni, wzięli go na drągi i pochowali na łące. Jak front przeszedł, to tata przyniósł taką łuskę z tego czołgu i pokazywał nam. Śmiał się po wszystkiemu, że będziemy masło w niej robić. Potem już było spokojnie, także my w ogóle takiej wojny nie doświadczyli jak tu była (w Rudce), tylko tyle co ten jeden dzień.
Tereny bezleśne. Nie było czym palić w piecu. Chłody nie dawały spokoju, musieli sobie jakoś radzić. Na gołą ziemię wyrzucano obornik, który deptały konie. Po paru dniach pociętą próchnicą palono w piecu. W pobliskiej wiosce mieszkali Bułgarzy, gdzie ojciec dziewczynek miał przyjaciela. Raz postanowił wziąć Janinkę ze sobą.
Wziął mnie celowo, bo potem nie mógł sam wracać, bo było bardzo dużo wilków i ja musiałam stale w jakimś naczyniu palić ognisko na tym wozie – to był taki postrach dla tych wilków. Jak byliśmy u tego Bułgara, to tam rozmawiali, pili, tato wziął wino od siebie. Najbardziej pamiętam takie te domy były kolorowe, każdy był inny, jak mnie się to podobało, to najbardziej zapamiętałam.
Styczeń 1946
Dali im wybór. Jeśli czują, że chcą zostać, mogą zostać. Jeśli czują się Polakami, mogą wrócić. Przez cztery miesiące wracali wagonami bydlęcymi wraz z innymi trzydziestoma rodzinami. Spali na piętrowych pryczach. Nieraz zmuszeni byli stacjonować po dwa tygodnie w szczerym polu, w lasach, przez brak możliwości przejazdu przez rzekę. Niemcy burzyli mosty, które wracający na ojcowiznę przesiedleńcy prowizorycznie odbudowywali.
Pamiętam, że babcia twoja akurat wtedy zaczęła chodzić. Co zaczęła chodzić, pociąg ruszył, ona bach! Spadła. Ona taka wyrywna, chciała cały czas chodzić. Mama krzyczała: trzymaj ją! No to ją trzymałam za fraki i prowadziłam, bo ona tak chciała chodzić.
W maju 1946 roku wjechali do Polski. Najpierw zawieźli ich na Ziemie Odzyskane. Nikt nie chciał zostać. W końcu po miesiącach pozornie bezkresnej tułaczki byli u siebie. Wysiedli w Jarosławiu. Niestety, nie mieli dokąd wrócić, rodzinny dom wraz z całym dobytkiem spłonął podczas walk rosyjsko-niemieckich. Dzięki reformie rolnej przydzielony został im dom kryty przeciekającą strzechą, kuźnia i pięć hektarów pola.
Wrzesień 1955, Przemyśl
Janinka pragnęła od życia czegoś więcej. Wpadła jej w ręce gazeta ,,Przyjaciółka”. Niewiele myśląc napisała do redakcji list, w którym opisała swój życiorys, pasje i interesujące ją tematy. Zdała się na los. Ku jej zdziwieniu otrzymała odpowiedź, w której redaktorzy polecili jej zawód nauczycielki i zaproponowali najbliższe liceum pedagogiczne. Przemyśl, Basztowa 13.
Mostu, koleżanko, na Sanie nie było! Tato mnie odwiózł na brzeg, tam przepływałam albo promem albo łódką. Potem dwanaście kilometrów do Tryńczy na piechotę. Raz na miesiąc wracałam do domu. Jak mi wysłali dwadzieścia złotych tygodniowo w liście, to ja byłam szczęśliwa, bo sobie mogłam za złotówkę ciastko kupić. Czasy były tragiczne. Później już tata nie mógł zarobić, to poszedł do PGR-u, żeby mi mógł za internat zapłacić. To liceum pedagogiczne to było kiedyś ukraińskie seminarium. Nas na sali było trzydzieści, bo to było wszystko dostosowane do kleryków. Na dole była kaplica. Myśmy miały przysposobienie obronne i w tej kaplicy to wszystko leżało, ciuchy, karabiny. Miałyśmy taką komendantkę, co nas pilnowała. To były takie czasy, że nie można było chodzić do kościoła. Na zwiady zostało dwoje, troje dzieci, a resztę my po jednym uciekały wieczorem na mszę. Na początku miałam wielkie problemy z polskim. Naleciałości wiejskie, powiedzenia, słownictwo. Wszystkie przedmioty jako tako, a z polskiego zawsze ledwo co wyciągnęłam. Tam byli różni. Z miasta, z lepszej wsi, gorszej wsi. Były podśmiechiwania. Pierwszy rok byłeś nikim. Tu od nas pięć nas było, tylko ja się utrzymałam. Matematyki mnie uczył taki profesor, co książki pisał – Chawlicki. Rozwiązywanie zadań tekstowych metodą syntetyczną, metodą analityczną, jak dziecko nauczyć, żeby rozumiało zadanie. Później ja na jego metodach dzieci uczyłam. On mnie bardzo lubiał, nazywał mnie Kotulanka. Było tych zadań dużo, te trygonometryczne trudne. Raz odpisałam zadanie na ślepo. Nikt go przy tablicy nie umiał rozwiązać i profesor mówi: na pewno to rozwiąże Kotulanka! Poszłam, do pewnego momentu umiałam. Potem do końca lekcji mamrał, jak się na mnie zawiódł. Raz pięć minut po lekcji, nikogo nie ma. Patrzymy przez dziurkę od klucza, kto tu do nas przyjdzie. Widzimy, Chawlicki. Nasermater! Ale była piła. Przed samą maturą powiedzieli nam, że jednak będziemy chodzić jeszcze rok. Tak żeśmy się wściekły, proszę ja ciebie, że po ścianach książkami rzucałyśmy, ale nic to nie dało.
Janina zdawała maturę z polskiego, matematyki, pedagogiki, psychologii, historii wychowania, logiki i wielu innych przedmiotów. Ukończyła specjalizację nauczania początkowego. We wrześniu 1959 roku rozpoczęła pracę w szkole podstawowej w Majdanie Sieniawskim. Cztery razy się przenosiłam, bo nie było gdzie mieszkać. Jedno to było takie, że pomiędzy te dyle ręka mogła wejść. Tato mi przywiozl piecyk, to sobie co wieczór paliłam. Jak rano wstałam, to w myjce woda mi zamarzła. Także wiesz, nie było lekko.
Wkrótce znalazła męża, założyła rodzinę i przeprowadziła się do Pełkiń, gdzie przez wiele lat była nauczycielką w miejscowej szkole podstawowej. Mieszka tam do dziś. Siostry latami starały się o dokumentację dotyczącą zesłania. Nigdzie nie padła informacja o powrocie Kotulów do ojczyzny, co komplikowało wiele spraw. Dopiero po długich przeszukiwaniu akt i archiwów w Kijowie, Warszawie czy Przemyślu odnaleziono dowód powrotu do kraju. Kobiety pomimo wspólnej, trudnej przeszłości w końcu odnalazły bezpieczeństwo, spokój i ciepło rodzinnego domu. Nie wszystkim było to dane. Obrały całkowicie inne drogi, wiodłyy zupełnie inne życia, lecz przeżyły je najlepiej, jak mogły. Janina i Maria po wieloletnich staraniach dopiero w roku 2000 dostały uprawnienia kombatanckie. Po dzień dzisiejszy w styczniu w rocznicę wywózki na przejściu granicznym w Medyce odbywa się upamiętniająca manifestacja ze świecami. Obie z sióstr doczekały się gromadki dzieci, a w końcu wnuków i prawnuków. Wspomnienia są niepełne, z czasem mrok minionych wydarzeń zbladł, a ból i żal zmarły wraz ze świadkami tamtych dni. Dotychczas nikt nie miał odwagi pytać i rozdrapywać starych ran. Lecz pamięć należy się tym, którzy zostali, tym, którym bezpowrotnie odebrano dzieciństwo, tym, którzy od wieków śpią w głębi lasu i w końcu tym, którzy nie wiedzą, że są Polakami, którym odebrano coś najcenniejszego – prawdę i tożsamość.
