Nagroda Dyrektor X LO
Aleksandra Piontek - Ulotki marzeń
I wiem, że jestem lśnieniem i oka mgnieniem
Że będę wspomnieniem
I w ciągłym manifeście, to widać w każdym geście
Więc zauważcie to nareszcie
Łapię chwile ulotne jak ulotka
Ulotne chwile łapię jak fotka
Paktofonika, ,,Chwile ulotne”
Knurów rok 1999
Tysiące ulotek, jedno marzenie
Blok przy Piłsudczyków, trzecie piętro. W mieszkaniu po prawej stronie od schodów mieszka tradycyjna polska rodzina. Żona, mąż, ich córka Gosia i syn Marcin.
– Żeby dostać tę robotę, trzeba było stać sześć godzin, aby przyznali ci rejon. Po to przyjeżdżaliśmy do Gliwic na ulice Zwycięstwa, żeby zająć tę kolejkę. Nasza płaca wynosiła 32 złote za pozbycie się tysiąca ulotek. Oczywiście w święta, kiedy w gazetkach promocyjnych pojawiały się zabawki dla dzieci i artykuły świąteczne, stawka wzrastała do 40 zł. Na naszą czwórkę przypadało 10 tysięcy „makulatury” do rozniesienia w ciągu tygodnia – opowiada Marcin.
– Pracowaliśmy w formie umowy zlecenia. Ulotki dostawaliśmy bezpośrednio od właścicieli. Oczywiście nie były one w pełni gotowe do rozdawania, więc po przywiezieniu gazetek do domu każdą z nich musieliśmy zapakować w woreczek, czasami też włożyć wkładkę, które dostawaliśmy osobno, a potem złożyć w rulon. Zajmowało to całe wieczory. Rodzinnie przesiadywaliśmy przed telewizorem i zajmowaliśmy się tym – mówi Gosia.
Po przygotowaniu materiału od następnego ranka byli gotowi zaczynać swoją robotę. Głównie pracowało rodzeństwo, a rodzice im pomagali. Rodzina nie była zamożna. Była to ciężka, ale dobrze płatna praca.
– Mama i tata pomagali, ale nie brali za to pieniędzy. Nie dawali nam kieszonkowego, więc oddawali swoją część. Z tego opłacaliśmy szkołę, studniówki i wycieczki – wspomina Gosia.
– Żeby dostać tę pracę, naprawdę trzeba było się wykazać, a było to tylko roznoszenie ulotek – dodaje Marcin.
Na czym dokładnie polegało to zajęcie? Czy ograniczała się tylko do pakowania ulotek w woreczki foliowe? Okazuje się, że nie.
– Wstawałam rano, roznosiłam ulotki, a potem szłam do szkoły. Rano były bloki, wieczorem domki jednorodzinne w Gierałtowicach i Pilchowicach. Dzień zaczynałam o czwartej rano. Nie wolno było wrzucać ulotek do skrzynek, więc zostawialiśmy je na wycieraczce. Raz zatrzasnęłam się w windzie już na początku o czwartej nad ranem. Była to stara drewniana winda, walczyłam z nią, żeby się wydostać. Nie pamiętam jak, ale udało mi się ją uruchomić. Wieżowce były najbardziej opłacalne. Wyjeżdżałeś windą i zbiegałeś – wspomina Gosia.
– Mieliśmy cynk, gdzie mieszka właściciel oraz gdzie i kiedy są kontrole. Posiadaliśmy również listę osób, którym musieliśmy dostarczyć gazetki. Właściciele Mariusz i Marek zawsze pojawiali się razem. Pochodzili z domu dziecka, ale byli bardzo ogarnięci. W tak młodym wieku udało im się założyć firmę, która przynosiła zyski. Studiowali na Politechnice. Szukali ludzi, którzy rozniosą ulotki promocyjne popularnego wtedy dyskontu. Widząc, że mamy dobry przemiał i roznosimy niewiarygodne ilości, podpytywali, co robimy z resztą ulotek. Musieliśmy kłamać. – przyznaje Marcin.
Rozniesienie takiej ilości ulotek nie było fizycznie możliwe. Żeby utrzymać tę posadę, byli zmuszeni do utylizacji „nadwyżki” materiałów reklamowych.
Knurów rok 2000
Ludzie nazywali nas śmieciarzami
– Martwiłam się bardzo o nich. Ludzie potrafili traktować nas okropnie za to, jaką pracę wykonywaliśmy. Gdy Gosia i Marcin sami wyjeżdżali, by roznieść wszystkie ulotki, modliłam się, by nikt ich nie zaatakował. Wszystko, co zostało, wieczorami wyrzucaliśmy do koszy obok bloku. Wysypywaliśmy śmieci, na dno rzucaliśmy plik ulotek i przykrywaliśmy je z powrotem. Wywoziliśmy też w inne rejony, na przykład na Sikornik czy na Bojków – wspomina Helena, która pracowała wtedy jako sprzątaczka na blokowisku, a jej mąż Stanisław był górnikiem w przedsiębiorstwie budowy szybów. Ulotki były ich pracą dorywczą. Dodatkiem do budżetu domowego. Gosia i Marcin byli jeszcze uczniami szkoły średniej. Rodzice nie chcieli, by musieli oni wykonywać taką pracę, ale okazało się to koniecznością.
– Chodziliśmy z ulotkami przy minus 15 stopniach. W czasie roztopów nakładaliśmy worki na buty, żeby nie przemakały. Syn właściciela dyskontu również roznosił gazetki. Był dla nas jak bóg: jeździł najnowszym mercedesem. Do dziś nie rozumiem, dlaczego to robił – opowiada Marcin.
– Byliśmy jak śmieciarze. Tak nas widzieli. Byliśmy nikim. Przychodziłam do szkoły i słyszałam ,,Ty śmieciaro, nic nigdy nie osiągniesz na tych ulotkach”. Znosiłam to codziennie – przyznaje Gosia. Ogromnym obciążeniem dla nich był hejt, z którym musieli zmagać się ze strony rówieśników. Czuli się bezbronni.
Knurów rok 2001
Ulotki, które stały się przekleństwem
Niestety nie zawsze była to praca łatwa psychicznie.
– Syn właściciela, jadąc z ojcem do Zabrza z Gliwic, miał wypadek. Zginęli w tym mercedesie, o którym każdy z nas marzył – opowiada Gosia.
– Z tego wypadku zapakowali ulotki do innego pojazdu. Zadzwonili po nas. Właściciele powiedzieli, że musimy je roznieść do końca. Nie chcieli powiedzieć wprost, że są to ulotki z wypadku, ale my to dobrze wiedzieliśmy, bo były już popakowane w woreczki i przygotowane. Odbiór w Knurowie, a nie w Gliwicach jak zawsze, więc było już pewne, że coś nie gra – dodaje Marcin.
– Stasiu uparł się, że po ludziach zmarłych nie będziemy rozdawać ulotek. Oni chcieli nas okłamać i zaklinali, że nie są to te ulotki z wypadku. Nie daliśmy się nabrać, ale dla pozoru zapakowaliśmy je do cinquecento i wyruszyliśmy w tę samą stronę, gdzie miał roznieść je zmarły. Wyjechaliśmy o 2.30 z Knurowa, a o trzeciej nad ranem na wysokości Zabrza, tam, gdzie ci ludzie mieli wypadek, zaczął się horror. Poczuliśmy, że w aucie przebiła się opona. Zanim zdążyliśmy się zatrzymać, następne dwie złapały gumę. Uratował nas sąsiad, do którego zadzwoniliśmy, żeby po nas przyjechał. Ostatecznie wszystkie ulotki wyrzuciliśmy i żadnej nie rozdaliśmy. Mąż się uparł. Po tym, co się stało, nie mieliśmy ochoty na dalsze przygody ulotkowe. To był już koniec – stwierdza Helena.
Wszyscy wspominają do dziś tę pracę jak jakiś dziwny sen, z ulgą, że to się skończyło. Marzyli przecież kiedyś, roznosząc ulotki, marznąc na zewnątrz i wślizgując się nad ranem do klatek schodowych, o stabilnym życiu bez konieczności dorabiania kosztem upokorzeń. Zmagali się z wyzwiskami, brakiem akceptacji i traktowaniem ich jak „gorszy sort”. Nie sądzili wtedy, że doczekają chwili, gdy będą od tego wolni.
Ulotki marzeń
Była to jedna z najbardziej opłacalnych dorywczych prac w tamtych czasach. Wykonywało ją wielu ludzi na dorobku. Można było wyciągnąć konkretne pieniądze, aby dać sobie szansę spełnienia marzeń, dotychczas nieosiągalnych z powodów materialnych. Potoczyło się to różnie.
– Za oszczędności z pracy udało mi się kupić wymarzony własny samochód, golfa. Wziąłem z tatą 10 tysięcy pożyczki, a resztę opłaciliśmy z ulotek. Niestety, długo nim nie pojeździłem, bo zasnąłem za kierownicą i rozbiłem się nim w Mucharzu. Życie – wyjawia Marcin.
– Kupiłam sobie sukienkę na studniówkę, pojechałam na nią limuzyną i zapłaciłam za nią sama! Wtedy poczułam, że stałam się kimś więcej niż dziewczyną biegającą z ulotkami – wspomina Gosia.
– Potem, gdy dzieci poszły na studia i znalazły inne, normaln” prace, zostałam z mężem sama w tym biznesie. Za pieniądze z jednego miesiąca, jakim był najbardziej dochodowy grudzień, zrobiłam dach w swoim, budowanym wtedy domu. To było niesamowite, że to wszystko z ulotek – opowiada Helena.
Gosia dodaje: – Spotykaliśmy wtedy ludzi z różnymi marzeniami. Była kobieta, która dzięki ulotkom urządziła dom w stylu Ikea. Kiedy otworzyli pierwszy taki sklep w Katowicach, był to prawdziwy szał. To było jej marzeniem.
– Jak już wspomniałem, „ulotkowiczem” był też syn właściciela sklepu. Niestety, nigdy z nim nie zdążyłem porozmawiać i dowiedzieć się, dlaczego on to też robił i jakie miał marzenia – przyznaje Marcin.
– Pewnej zimy idąc o piątej rano z ulotkami i widząc budzące się do życia blokowisko, marzyłam, że może ktoś o nas kiedyś napisze, ale nie sądziłam, że będzie to moja córka – podsumowuje Gosia.
Dziś rodzeństwo patrzy na tamte czasy z sentymentem, choć trudy tej pracy i nieprzyjemne komentarze otoczenia wryły im się głęboko w pamięć. Mimo iż życie ich rodziny nabrało później innych barw, często wracają myślami do czasów roznoszenia ulotek, gdy każdy krok – dosłownie i w przenośni – był świadectwem ich uporu w dążeniu do realizacji marzeń.
– Przez te lata dowiedzieliśmy się, że warto walczyć o swoje, nawet jeśli inni patrzą na to z pogardą – mówi Marcin. – To nauczyło nas, że szacunek do siebie nie przychodzi z zewnątrz – sami go budujemy, idąc własną drogą, niezależnie od tego, co mówią i robią inni.
Dziś mogą powiedzieć, że ulotki, które były przez prawie dwa lata ich codziennością, przyniosły im coś więcej niż dodatkowy grosz – przyniosły siłę pomagającą przezwyciężać kolejne przeszkody. To lekcja, którą przekazali swoim dzieciom i choć dziś to tylko wspomnienie, stanowi fundament naszej rodziny.
Przedstawienie tej historii pozwala dostrzec realia i trudności, z jakimi mierzyła się polska rodzina na przełomie XX i XXI wieku, a także ukazuje determinację, siłę i wspólnotę, które często były niezbędne do wytrwania na drodze do realizacji marzeń na miarę ówczesnych czasów. Ich doświadczenia w brutalnych czasach bezrobocia i ekonomicznych trudności składają się na historię poświęcenia, wytrwałości i mozolnego kształtowania się poczucia własnej wartości. Dziś problem konieczności podejmowania dorywczej pracy, szczególnie przez młodych ludzi, którzy chcą realizować swoje marzenia na przykład o utrzymaniu się i ukończeniu wymarzonych studiów, jest nadal aktualny. Ale to byłby już temat na kolejny reportaż w przyszłości i być może wtedy z autopsji...
Dziękuję mojej mamie, babci i wujkowi za decyzję o podzieleniu się tą historią.
