Nad dawnym ZSRR wciąż świeci słońce - Jarosław Suwiński

Luty 2022

Mołdawia to najnudniejsze miejsce na całej kuli ziemskiej. Naprawdę, w Mołdawii nie ma nic do roboty. Tak by wynikało z badań statystycznych, które wciąż plasują ten kraj na najwyższym miejscu względem najbiedniejszych i najrzadziej odwiedzanych krajów Europy.

- Jedziesz do Mołdawii… Świetnie, kup dla mnie białe wino. - poprosił znajomy.

Zakładając, że w ogóle wyraz „Mołdawia” przyniesie jakiekolwiek skojarzenie, u przeciętnego Polaka będzie to wino (skojarzenie słuszne, bo najwyższy budynek w kształcie butelki do wina znajduje się właśnie w tym kraju). Jednak w związku z napadem Rosji na Ukrainę do „polskiego ucha” coraz częściej przebija się taka egzotyczna nazwa jak „Naddniestrze”, które ma duży wpływ na sytuację stabilizacyjną w regionie.

Na terenie Mołdawii, która sama z trudem utrzymuje swoją własną państwowość, znajdują się dwa autonomiczne regiony: Gagauzja oraz skrawek ziemi położony za rzeką Dniestr, jakim jest właśnie Naddniestrze.

Celem naszej trójki była podróż do tego ostatniego. Ujrzeć miejsce, które pragnie wcielić się do współczesnej Federacji Rosyjskiej. Może i Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich został usunięty z atlasu świata, ale ktoś zapomniał o tym jednym małym miejscu: Naddniestrzu. Jest to płaski i wąski pas ziemi, którego południowe rubieże stanowiły historyczną granicę Pierwszej Rzeczypospolitej.

Gdy starałem się o wyjazd z kontrolowanego przez państwo terytorium Mołdawii, w starej, surowej budce pośród suchego lasu, ponury mężczyzna oglądał dokumenty. Rozprawił się z nimi zadziwiająco szybko. Omijając różnej maści spowalniające pograniczne rytuały, dał zgodę na przejazd. Ruch jego rąk wbijających pieczątkę zdawał się wołać: „a niech jadą”!

Do mostu nad rzeką kilkaset metrów, za nim miejscowość Doboszary. Wyjeżdżając z granicy lasu, zbliżając się do kładki wprowadzającej na most, widzę mundury. Rosyjskie mundury.

W wojskowych UAZ-ach, koło lusterek rozpięto czarno-pomarańczowe wstążki św. Jerzego. Przed wjazdem na most żołdacy dokładnie oglądają samochód, ale bez jego zatrzymywania. Szeroki Dniestr wita przybyszów spokojną taflą wody… Po drugiej stronie witają ludzie uzbrojeni w karabiny maszynowe oraz złote gwiazdy na krwistoczerwonym tle.

Po lewej stronie drogi stał rzędem ciąg starych, wciąż używanych, niskich, prostokątnych budyneczków. Po prawej były pola, czerniące się mozołem pracy na tej ruskiej ziemi, zaorane zanim nadeszła ruska jesień. Z dala majaczył biały, zardzewiały szlaban, oznajmiający wyjazd ze strefy przygranicznej. „Stać!” Po wyjeździe z mostu od razu zatrzymują samochód i przekierowują go na pobocze. Przeszukują cały pojazd, a z bagażnika wyciągane jest nawet koło zapasowe. Samochody spoza Unii (mołdawskie) jadą spokojnie jak zwykle.

- Wy katoliki czy chrześcijanie? - pyta jakiś człowiek sprawdzając dokumenty.

Zdjęcia z lustrzanki przegląda na oślep człowiek w ciemnym uniformie, inny zwołuje coraz więcej smętnych ludzików. Ja jedynie stałem na zewnątrz, delektując się spalinami i dziwując się, do czego to wszystko zmierza. Z każdą mijającą godziną (wjechaliśmy na teren państwa po południu, a trwało to ostatecznie aż do wieczora) robiło się coraz mniej wesoło. Znaleźli przedmiot, którego widocznie tak bardzo poszukiwano - to znaczy jakikolwiek, który pozwoliłby postawić nas w stan oskarżenia. W samochodzie znajdował się nóż.

Taki, co go nigdy nie wyjmowano (zapomniałem, że wciąż tam jest). Źle, że tak się stało.

Po paru godzinach otumaniającego czekania przybywa nowa ekipa – to profesjonaliści, nie jak ci poprzedni wyglądający na pijanych. Wszyscy nosili wojskowe mundury poza jednym. Jeden z przybyłych, ubrany w czarny długi płaszcz, otworzył swoją walizkę. Był wyższy, wydawał się być srogi, ale zatroskany i jakby smutny. To był nasz śledczy przysłany z prokuratury. Przedstawił się jako Siergiej. Jego oczy chodziły niespokojnie na wiele stron, gdy rozmawiał z kimś przez swój służbowy telefon. Pamiętam, że miał dzwonek z piosenki “The house of the rising sun”.

Potem wzięli jakieś dwie dziewczyny na świadków. Zatrzymali dwa samochody i kazali coś podpisać. Patrzyły się na nas nieufnie, a my umieraliśmy ze strachu, bo myśleliśmy, że tam podpisują, że my zamach chcemy zrobić czy nie wiadomo co. Następnie rozdzielili nas, to znaczy jednego gdzieś zaprowadzili, a ja spędziłem jedną, naprawdę długą godzinę w środku przeszukanego samochodu.

Po godzinie wszyscy spotkaliśmy się znowu i jakiś człowiek zaprowadził nas do jednego z tych dziwnych budyneczków po lewej. W środku wojskowy (jakiś ważny, bo miał taki ważny wyraz twarzy i mundur inny niż wszyscy) i plakaty na ścianie. Były to dydaktyczne plakaty, wojskowe rzecz jasna. Był taki jeden uroczy, „Nie strzelać do zwierząt”. Człowiek, z którym byliśmy w pokoju, zadawał nam serię różnorakich pytań i teraz myślę, że od tego, jak poszła ta rozmowa, zależało ostatecznie, czy wrócimy do Polski.

Był młody. Miał szczurowatą twarz, niebieskie oczy i bardzo, bardzo przenikliwy wzrok.

- Cel wizyty?

- Turizm.

- Co studiujecie?

- My nie studenty, w liceum uczę się języków.

- Humanista… - mruknął z zadowoleniem.

Później rozmowa przybrała pseudoprzyjacielski ton i usiłując trwać w półżarcie zagadywał nas na najróżniejsze tematy. Jedno pytanie zapadło mi w pamięć. W lutym 2022 roku w tej zapyziałej budce przy granicy mołdawsko-naddniestrzańskiej ten człowiek zapytał: „u was gaz drogi”? Po czym uśmiechnął się dobrodusznie.

Od tego momentu do końca opiekował się nami tylko nasz śledczy Siergiej. Noc już była, kiedy zostawiliśmy samochód przy granicy. Kazano nam wsiąść do jakichś wojskowych pojazdów. Znowu byliśmy rozdzieleni. W środku, na lusterku kierowcy wisiały pomarańczowo-czarne wstęgi. Wsiadając, nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy i nigdy nie zapomnę, jak jadąc w tę ciemną noc poprzez przedmieścia Duboszar, nagle zatrzymaliśmy się przed gigantycznym, betonowym budynkiem, wyjętym wprost z najgorszych koszmarów Józefa Kafki. Stał przed nim jakiś starszy mężczyzna i splunął siarczyście, gdy tylko wysiedliśmy. W tym miejscu chciałbym wyjaśnić, że mimo wszystko większość osób, jakie tam spotkaliśmy, było życzliwych, zaciekawionych naszą sytuacją i starało się pomóc. To bardzo ważne. Tylko poszczególne jednostki okazywały ewidentną wrogość. Ale tak jest wszędzie.

No i przeprowadzono nas przez środek tego budynku, a ściany wokół były ciemnozielone. Towarzyszył nam Siergiej. Wyszliśmy przez drzwi i znaleźliśmy się po drugiej stronie budynków. Była to zwykła ulica, ludzie chodzili i dzieci się bawiły, a tym, co spowodowało, że sytuacja stała się niesamowicie groteskowa był fakt, że z gigantycznych głośników ustawionych na latarniach miejskich leciała muzyka pop. Jakiś znany kawałek, kobieta śpiewa, nie pamiętam co, ale kiedyś często w radiu leciało. Spytałem się Siergieja, dlaczego ta muzyka jest puszczana z publicznych głośników na ulicy. On odpowiedział, że mają taki zwyczaj, że w czwartki leci muzyka. Odprowadził nas do prawdopodobnie jedynego hotelu w mieście, wielkiego komunistycznego molochu z ładną mozaiką na zewnętrznej ścianie. Przedstawiała kobiety grające na instrumentach muzycznych.

Dostaliśmy zakwaterowanie, nawet Wi-Fi było (!), a kolację za miejscowe ruble kupiliśmy w słynnym ze względu na powiązania z rządem i monopol na rynku supermarkecie Sherif. Siergiej powiadomił nas, że będzie po nas przed hotelem jutro o 9:00. Powiedział, że jeśli wszystko pójdzie łatwo, może w przeciągu paru dni uda mu się nas wypuścić. Byliśmy wtedy bardzo oszołomieni i nie bardzo mu wierzyliśmy, bo prawda była taka, że od początku był ktoś, kto nas zapewniał, że będzie dobrze i będzie lepiej, a z każdą godziną było coraz gorzej i straszniej.

Sytuacja wyglądała tak: znajdowałem się na terenie Naddniestrza na podstawie takiego małego papierka, który był moim pozwoleniem na pobyt. W tym państwie nie ma placówek dyplomatycznych innych europejskich krajów, bo nie jest ono uznawane na arenie międzynarodowej. Nie siedzieliśmy w areszcie, którym był chyba ten straszny budynek, przez który przechodziliśmy, ale z drugiej strony - nie mogliśmy opuścić terytorium państwa.

Następnego dnia czekaliśmy na zewnątrz już o 9:00. Jednak Siergieja nie było. W całym moim życiu nie doświadczyłem tak intensywnego oczekiwania i tak długich godzin. Skoro jeden ruski rok to w naszej mowie bardzo długi rok, to tam czekaliśmy wiele ruskich godzin. Przestrzeń dookoła - hotel, w którym grzeją niesamowicie mocno kaloryfery, socjalistyczne mozaiki, architektura i nawet jedzenie w sklepie - przypominała komunizm. A za komuny była również kara śmierci…

Wiele ruskich godzin później Siergiej przyjechał swoim prywatnym samochodem i, jak się okazało w trakcie jazdy, zawoził nas do Tyraspolu - stolicy. Siergiej okazał się rozmowną i bardzo życzliwą osobą. Od tej chwili wszystkie zdarzenia działy się dość szybko.

W Tyraspolu zajęła się nami na oko czterdziestoletnia Naddniestrzanka polskiego pochodzenia, która miała pomóc w tłumaczeniu dokumentów na polski. Pracowała w fundacji i pomagała biednym dzieciom. W budynku pełno ich biegało, jedno nawet przyniosło nam na tacy herbatę. Myśmy podpisywali dokumenty, że dnia takiego a takiego znaleziono u nas broń (śledczy stwierdził, że ostrze noża przekracza legalną długość w tym kraju), a ona tymczasem opowiadała. Opowiadała o tym, że niedaleko od miejsca, gdzie wtedy staliśmy, znajduje się historyczna granica kresów Rzeczypospolitej. Niedawno odsłonięto nawet pomnik. Że dużo Polonii jest w Naddniestrzu, że lubią Polaków i wiele osób ma jakiegoś w rodzinie. Że na paszport naddniestrzański nigdzie nie wyjadą, bo nie jest uznawany, ale przeciętna osoba ma wiele paszportów: rumuński, ukraiński, mołdawski… Kiedyś pomagała takiemu jednemu Polakowi, policja zamknęła go w więzieniu i nadal trzyma, bo przekraczał granicę, będąc pod wpływem narkotyków. Jak wyruszył z Polski, tak jechał i jechał, cały czas na haju i bez żadnego celu, aż dojechał. Do Naddniestrza.

Kobieta opowiedziała nam również, że dzięki jej staraniom od niedawna Polska uznaje naddniestrzańskie dokumenty, potwierdzające ukończenie edukacji przez ucznia. Dzięki temu studenci z Naddniestrza będą mieli możliwość kształcenia się w Polsce.

Podpisaliśmy wszelkie wymagane dokumenty w obecności Siergieja po czym wyszliśmy. W czasie podróży samochodem do Tyraspolu polubiliśmy się nawzajem i Siergiej, w geście życzliwości zaproponował nam zwiedzanie centrum stolicy. Jakkolwiek nierealnie to brzmi, na zakończenie oprowadził nas nasz własny śledczy po stolicy swojego kraju. Opowiadał o mijanych budynkach i historii narodu. Mijaliśmy flagi rozwieszone na placu imienia Suworowa. Były to flagi Republiki Górskiego Karabachu, Osetii Południowej i Abchazji. Tylko te kraje uznają niepodległość Naddniestrza. Zresztą ich też prawie nikt nie uznaje, uznają się jedynie one same nawzajem, tworząc separatystyczne kółko wzajemnej adoracji. Na ulicach w centrum Tyraspolu jeżdżą pomiędzy autami koniki w ozdobnych zaprzęgach. Jak u nas w Zakopanem. A w Wielkanoc, opowiada Siergiej, na placu imienia Suworowa ludzie zbierają się wokół potężnego pomnika Aleksandra Suworowa (był on założycielem miasta). Jest to 9-metrowy ulany z brązu wizerunek ich narodowego bohatera dosiadającego rosłego ogiera. Wspólnie biorą kolorową farbę i podczas tego dnia zgodnie z tradycją zamalowują nią monumentalne genitalia wierzchowca. Poczciwi ludzie.

W drodze powrotnej również rozmawialiśmy. Okazało się, że Siergiej jest też nauczycielem historii. Jak sam mówi, historia jego narodu z pewnością jest jedną z trudniejszych. Pracuje dla policji, ale wkrótce chce skończyć tę pracę. Jako historyk specjalizuje się we wspomnianych mozaikach, tak często spotykanych w mijanych miejscowościach. Wszystkie są niezwykle piękne i zgodnie z tym, co opowiedział, na każdej zawarty jest symbol regionu, w którym się znajduje. I tak Tyraspol ma bociana, który jest również narodowym symbolem państwa.

Mijając wyjątkowe malowane drewniane chałupy, tłumaczył sytuację niektórych miejscowości przy granicy. Otóż Mołdawia chcąc „przekupić” daną miejscowość, by powróciła w jej granice, zapewnia domostwom w mieścinie gaz za darmo, aby zachęcić ludność do pozostania w kraju. Z kolei identyczną taktykę stosuje Naddniestrze, które również doprowadza do niektórych miejscowości gaz za darmo, dzięki czemu mieszkańcy tych spornych regionów nie muszą za niego płacić…

Na koniec weszliśmy jeszcze raz do tego budynku, przez który przechodziliśmy poprzedniej nocy. Podpisaliśmy kolejne dokumenty w gabinecie Siergieja. Na ścianie wisiało zdjęcie prezydenta Vadima Krasnoselskiego oraz rozpięta czerwono-zielona flaga z sierpem i młotem.

Wyjechaliśmy. Byliśmy wolni i, co najfajniejsze, w jednym kawałku. Tylko jeden pogranicznik krzyczał na mnie, że jak to, że nie mam paszportu i jak ja tu się w ogóle znalazłem.

Jedną rzeczą, która mnie do dziś rozśmiesza, to fakt, że jestem prawdopodobnie jedyną osobą w Europie i może nawet na świecie, która wjechała do Naddniestrza bez paszportu. Parę miesięcy przed podróżą stracił ważność i tak naprawdę chcieliśmy sprawdzić, czy nas wpuszczą do tego Naddniestrza czy nie, bo nie byliśmy pewni, czy jest on potrzebny. No i okazało się, że tak - jest bezwzględnie wymagany, tylko w wyniku zamieszania przy wjeździe jakimś cudem nikt mi go nie sprawdził.

Nocny przejazd przez Mołdawię przebiegł sprawnie. Słońce nie chciało już dłużej oglądać tej ziemi i skryło się za horyzontem. Na granicy rumuńskiej kontrola dłuższa niż w tamtą stronę, pewnie dlatego, że to wjazd do Unii. Wszystkie pojazdy zarejestrowane na MD albo na RM. PL sprawdzają najdłużej.

- Paliaczki... - mruknął graniczniak podchodząc do nas. Powietrze było rześkie. Tej nocy wiatr pachniał wolnością.

- A co wy tu robicie?! - krzyknął, pochylając głowę i przez szyby samochodu przyglądając się każdemu z osobna. - Przecież u nas nie ma nic do zobaczenia!

24. 02. 2022 Rosja zaatakowała Ukrainę. Wkrótce po tym wydarzeniu w Naddniestrzu przeprowadzono serię pozorowanych ataków bombowych, mających na celu destabilizację i wciągnięcie regionu w wojnę. We wrześniu w okupowanych przez Rosję terytoriach odbyły się referenda, których celem było przyłączenie terenów do Federacji Rosyjskiej. Wcześniej Federacja uznała niepodległość tych bytów. Jednak co czeka Naddniestrze? Od wywalczenia niezależności od Mołdawii w 1990 roku ono również pragnie być członkiem „imperium rosyjskiego”. Wiosną b.r. władze poprosiły Putina o uznanie niepodległości, lecz bez skutku. Wojska rosyjskie do dziś nie zdołały opanować obwodu odeskiego i południa Ukrainy, co by stanowiło połączenie lądowe z Naddniestrzem.

Kiedy byłem w Naddniestrzu również dużo mówiono o napięciu przy granicy rosyjsko-ukraińskiej. Sytuacja na świecie nie jest im tak obca, jakby się mogło wydawać. Gdy wtedy, wracając samochodem z Tyraspolu, zapytałem Siergieja, czy myśli, że wojna z Ukrainą wybuchnie, odparł, że nie.

- Przecież kto by chciał wojny. - powiedział, a ja zamilkłem.

Licznik odsłon: 94
2024  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates