Zuzanna Blok - Czerwona walizka

Za oknem nic szczególnego. Obserwowanie przemijających okolic to nieodłączna część długich podróży. Ciężar myśli sprawia, że widoki stają się ciekawsze, więc kobieta spogląda na zewnątrz. Panuje tam mieszanka mrozu, śniegu i odwilży, zależnie od rejonu, przez który przejeżdżają. Jej uwagę przykuwają pojedyncze obiekty – ceglane domy, które wyglądają na niedokończone, duże rezydencje na środku niewielkich wsi. Im bliżej są, tym teren staje się bardziej wiejski i rolniczy: mniej zabudowy, drogi węższe, czasem nierówne. Widać więcej samochodów, ciężarówek humanitarnych i ludzi poruszających się pieszo wzdłuż niekończących się dróg. Nagle bus hamuje gwałtownie. Bagaże trzęsą się. Kobieta instynktownie chwyta czerwoną walizkę, która towarzyszy jej w podróży. Ktoś krzyczy. W tej samej chwili dziecko obok zaczyna wymiotować. Matka próbuje je przytrzymać. Kierowca przeklina pod nosem. Chłopczyk z tyłu płacze. Starsza pani dwa siedzenia dalej powtarza słowa modlitwy:
– Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem. Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem.

Igra, rejon igriński, Republika Udmurcka

Loza, największa rzeka tego rejonu. Otaczają ją wysokie wzniesienia. Śnieg przykrywa lód, który już dawno utworzył się na powierzchni wody. Przy brzegu idzie mała dziewczynka, Natalka. Stawia powolne kroki, wydaje się przeciążona wagą własnych ubrań. Ma kilka par ocieplanych spodni, filcowe walonki i grubą kurtkę, tak ciężką, że niemal przygniata ją do ziemi. Na szyi wełniany szalik, związany kilkukrotnie, aż prawie zakrywa jej oczy. Mimo to jej policzki pozostają lekko podrażnione przez mroźne powietrze, szczypią.
Patrzy na grubą warstwę lodu; niegdyś łowiła tu ryby. Miała małą wędkę zrobioną z bambusa. Pewnego dnia, gdy wróciła do domu, już jej nie znalazła. Ktoś przerobił ją na karnisz, teraz to tylko wspomnienie, ulotny fragment przeszłości.
Śnieg skrzypi jej pod nogami, a wiatr dudni i wyje, jakby chciał uciec. Wreszcie izdebka babci. Jedna kondygnacja, grube drewniane bale, ułożone poziomo. Niskie okna. Dach kryty falistą blachą i dym unoszący się leniwie ku niebu. Natalka bez zastanowienia otwiera drzwi i zanim jest w stanie cokolwiek zobaczyć, uderza ją ten zapach. Siano, ziemista woń trawy i aromat pieczonej mąki, pachnie domem. Na środku izby stoi stary piec rosyjski, zdobiony kaflami w niebieskie wzory. W rogu szafa, idealne miejsce do chowania się, zwłaszcza gdy dziadek odkłada do niej swój mundur – prostą, oliwkową gimnastiorkę z czerwonymi pagonami, na których połyskuje już zapomniana liczba metalowych gwiazdek.
Natalia rozpoczęła naukę w 1989 roku, kiedy system edukacji wciąż w dużej mierze opierał się na modelu radzieckim, z silnym naciskiem na matematykę, język rosyjski, literaturę oraz historię ZSRR. Początkowo uczęszczała do MBOU Igrińskiej Szkoły Średniej nr 4, jednak po przeprowadzce, między drugą a trzecią klasą, przeniosła się do szkoły nr 1. W latach 1993-1998 realizowała drugi etap edukacji, już w pełni w systemie Federacji Rosyjskiej. Szkołę ukończyła w 2002 roku.
Drzwi otwierają się. Sala lekcyjna, do tej pory cicha, wypełnia się odgłosami głośnych rozmów. Metalowe krzesła, jeszcze przed chwilą ustawione w równych rzędach, teraz są oblegane przez grupę uczniów. To jedno z tych nietypowych pomieszczeń, ściany pomalowane do połowy szarą farbą olejną. Przy oknie wisi stara mapa ZSRR, nieaktualna od sześciu lat. Koledzy przepychają Natalkę do przodu, a ona kłamie, niemal odruchowo:

– Byliśmy w bibliotece.
Jako jedyna nie paliła z nimi, więc nie czuć od niej papierosów, oznacza to, że jest zobowiązana wytłumaczyć ich spóźnienie. Dogaduje się z nimi świetnie, ale przez to jest izolowana od innych dziewczyn w klasie; nie lubią, że przyciąga uwagę chłopców.

Jekaterynburg, obwód świerdłowski, Ural

Natalia studiowała w latach 2002-2007. Chciała studiować architekturę na Udmurckim Uniwersytecie Państwowym, jednak w Rosji wiele zależy od znajomości i nieformalnych układów. Jej wyniki były niewystarczające, dlatego ukończyła reklamę na Uniwersytecie Technicznym w Iżewsku im. M.T. Kałasznikowa. Po studiach została zatrudniona w firmie zajmującej się aranżacją wnętrz, gdzie pracowała jako wizualizator 3D przez pięć lat.
W niemałym biurze o niskim suficie unosi się aromat kawy i smród papierosów, pomimo że dyrektor przestał palić poza swoim gabinetem. Niegdyś był bardziej wulgarny, drzwi otwierał z buta, przeklinał, krzyczał. Natalii udało się nieco skorygować jego zachowanie; teraz przeklina tylko wtedy, gdy drzwi są zamknięte. Choć z wykształcenia jest kucharzem, dobrze prowadzi agencję architektoniczną. Potrafi wyczuć gust klienta, a wszelkie projekty muszą przejść przez jego weryfikację.
Natalia siedzi przy małym drewnianym biurku. Na ekranie Archicad, program graficzny CAD. Naprzeciwko – Siergiej, główny inżynier i architekt. Niski, lekko zgarbiony, przy swoim stanowisku ma woreczek marchewek, które ciągle podjada. Wierzy, że zdrowe jedzenie go odchudzi. Kobieta prosi go o wysłanie wszystkich rzutów i opisów. Wtem cisza. Kiwnięcie głową. Pobiera potrzebne pliki – chrup – wprowadza model do 3ds Max – chrup – zaczyna projektować wnętrze – chrup. Dźwięki wybijają ją z rytmu. Pomieszczenie jest tak ciche, że wszelkie odgłosy wydają się głośniejsze. Chrupanie marchewek. Odgłos wentylacji. Przełknięcie śliny. Dźwięki kroków:
– Jedziesz?
Jej ręka zastyga, głowa unosi się ku górze. Do jej stanowiska podchodzi Katarzyna, wysoka, stanowcza; pracuje tu od paru miesięcy. Ostatnio proponowała Natalii wyjazd na Krym. Przerwę od rutyny. Minęło już pięć lat odkąd tu pracuje, nigdy jednak nie brała urlopu.

Tarnopol, siedziba administracyjna obwodu tarnopolskiego

W sierpniu 2012 roku kobiety podróżowały na Krym, wyruszyły z Jekaterynburga i pokonały około 3,5 tysiąca kilometrów. Natalia poznała tam Anatolija, z którym znajomość rozwijała się długo po wyjeździe. Powróciły do pracy na początku września tego samego roku. Po dwóch tygodniach ponownie wzięła urlop i zaraz po tym zwolniła się. Wsiadła do pociągu. Spakowała życie w walizkę. Przeprowadziła się na Ukrainę, do Tarnopola. W marcu 2013 roku Natalia i Anatolij wzięli ślub. W rosyjskim konsulacie panuje niemal nabożna atmosfera. Rozmowy są tak ciche i ostrożne, że bardziej przypominają szum. Blade twarze elegancko ubranych mężczyzn znikają na tle białych ścian. W powietrzu czuć zapach starego papieru, atramentu i kurzu, który opadł z niedawno przeglądanych dokumentów. Natalia podchodzi do okienka. Na krześle siedzi starsza kobieta. W jej oczach widać zmęczenie. Lekko stuka palcami o biurko. Poprawia okulary. Wzdycha, jakby jej praca była czysto bezinteresowna.
– W jakiej sprawie pani przyszła, powie mi, proszę?
– Paszport chcę wymienić, za mąż wyszłam i nazwisko już nieaktualne.
Kobieta gestykuluje ręką, prosząc o dokumenty. Czeka, aż na jej biurku pojawi się stos starannie przygotowanych papierów: akt małżeństwa, stary paszport i wniosek o wydanie nowego. Po potwierdzeniu tożsamości dokładnie je weryfikuje; sprawdza, czy akt małżeństwa jest prawidłowy, czy zdjęcia paszportowe spełniają wymogi oraz czy wniosek jest kompletny. To długi proces, który w połączeniu z niekomfortową ciszą dłuży się niemiłosiernie. Natalia rozgląda się dookoła. Nic wartego uwagi. Jej wzrok przykuwa jedynie kartka A4 przyklejona tylko jednym kawałkiem taśmy. Wypisano na niej różne daty; kobieta domyśla się, że to prawdopodobnie terminy wizyt. Zbiera myśli.
– Przepraszam? A jakby tak ja zmieniła obywatelstwo z rosyjskiego na ukraińskie? Jak to by wyglądało?
– Obywatelstwo pani zmieniać chce? Ja by na pani miejscu pomyślała. Mężów dużo można mieć, ale rodzina to jedna tylko jest.
Głos starszej kobiety brzmi niewzruszenie. Bezrefleksyjna bezczelność urzędniczki jest tak niespodziewana, że Natalia chwilowo stoi w osłupieniu. Przez resztę wizyty nie odzywa się.
Trzydzieste urodziny. Chatka w górach jest prawie tak przytulna jak domek babci. Pachnie wilgotnym drewnem, a ze stołu unosi się aromat pieczonych ciast. Na blacie stoi tort, potrawy i butelki z winem, jeszcze nieotwarte. Goście są w naprawdę dobrym humorze. Wiadomość o ciąży przychodzi nagle, bo zamiast świętować, Natalia wymiotuje. Mąż jest w innym pokoju, twierdzi, że jest zajęty.
Mijają równo dwa lata i dwa miesiące od pamiętnych urodzin. Kobieta urodziła Anitę, a gdy ta miała zaledwie siedem miesięcy, dowiedzieli się o ponownym zajściu w ciążę. Po narodzinach Artema, Natalia w końcu otrzymuje pobyt stały.
Dom męża już nie jest pusty. Tuż za drzwiami jest sień wypełniona chłodnym powietrzem i ledwie wyczuwalnym zapachem kobiecych perfum. Ściany i podłoga są z jednego rodzaju drewna, skrzypią przy każdym kroku. Na lewo od wejścia stoi masywna szafa, zastępuje regał na buty. Po przeciwnej stronie bagaże: torby, walizki, plecaki i narty, wszystko to, co zrzucili z siebie zaraz po wejściu do domu. Nic nie zostało ruszone od tamtej chwili.
Dzieci biegną się do swoich pokoi. Natalia włącza telewizor. Anatolij siada na krześle w kuchni; ma problemy z nogą, trudno mu stać. Spogląda przez okno; znad bloków widać lokalne lotnisko, zamknięte od lat. W telewizorze pojawia się kanał informacyjny. Prezenter mówi szybciej niż zwykle. Jego głos wypełnia pomieszczenie. Komunikat jest krótki. Kilkadziesiąt sekund, może minuta, czas nie istnieje. Szum w głowie zagłusza wszystko inne. Rosja rozpoczęła inwazję.
– Jaka wojna? W dwudziestym wieku?
– Będzie do miesiąca trwać.
– Więcej niż miesiąc nie. Dogadają się jakoś.
Natalia tłumaczy spokojnym głosem, albo to ona słucha? Nie jest pewna, czy sama to powiedziała, czy może nikt się nie odezwał. Myśli są tak głośne, że trudno ustalić ich autora. Pokój pogrąża się w grupowych afirmacjach.
Wojna zaczyna się dopiero wtedy, gdy rosyjski odrzutowiec przelatuje nad domem. Wszystko nagle staje się realne. Informacje o ostrzałach rakietowych są ważniejsze niż prognoza pogody. Gdyby pobliskie lotnisko nadal działało, prawdopodobnie stałoby się jednym z pierwszych celów, to potęguje uczucie bezsilności. Drogi w Ukrainie stoją w miejscu, stacje paliw są masowo oblegane. Trasy zostają zamknięte, a ze względu na godzinę policyjną trzeba ciągle szukać miejsca na postój. Dwie doby. Teściowie przyjeżdżają pomimo problemów, udaje im się wrócić.
W telewizji stale słychać „United News”. Anita zdaje się świadoma napiętej atmosfery. Dziewczynka jest mniej rozmowna, przebywa z bratem, nie chce niepotrzebnie stresować rodziców. Natalia ogląda wiadomości. Zmienia pozycję co kilka sekund. Zaciska palce. Pociera kark. Do pokoju wchodzi mąż, a za nim jego rodzice. Teściowa podchodzi bliżej, szuka odpowiednich słów.
– Masz piętnaście minut, walizkę sobie i dzieciom spakuj. Jedziesz na czas nieokreślony.

Natalia spogląda na Anatolija, który odwraca wzrok. Chaos w głowie Natalii rośnie z każdą sekundą. Nie jest w stanie wykrztusić słowa, przytakuje. Wchodzi do sypialni, nie zapalając światła. Otwiera szafę. Wyciąga czerwoną walizkę, tę samą, którą miała przy sobie podczas przeprowadzki. Jest cięższa, niż pamięta, jakby przez lata wchłonęła cały ten ciężar, który Natalia gorliwie ignorowała: ślub, dzieci, wszystkie nieprzespane noce. Zamek stawia opór. Szarpie raz, drugi. Zgrzyt. Otwiera się. Przez następny kwadrans słychać jedynie szelest materiałów i stukanie metalowych zawiasów walizki. Pakuje to, co najważniejsze; po dwie kurtki zimowe dla dzieci, kilka par spodni i koszulek, dokumenty, portfel i leki.
Ich podróż rozpoczęła się 26 lutego 2022 roku. Anatolij musiał zostać w kraju, mężczyzn do lat sześćdziesięciu nie puszczano przez granicę. Wyruszyli z Tarnopola, w kierunku przejścia granicznego Budomierz-Hruszów, po drodze przejechali również przez Lwów. Jechali ostatnim z jedenastu busów przemierzających tę samą trasę. Przekroczenie granicy okazało się jednak niemożliwe. Zatrzymano wszystkie pojazdy, z powodu zachorowania na COVID-19 w jednym z busów. Przez brak transportu i pożywienia oraz długi czas oczekiwania, podjęli decyzję o kontynuowaniu podróży pieszo.
Po nagłym hamowaniu Natalia wraz z dziećmi wychodzą na zewnątrz. Smród spalin wisi w powietrzu. Wokół panuje zamieszanie. Ruch drogowy stoi w miejscu, a po niebie latają helikoptery monitorujące teren. Ludzie nie wiedzą, co robić; nie ma gdzie kupić jedzenia i skorzystać z toalety. Najbardziej podstawowe potrzeby są teraz nieosiągalne. Stoją w miejscu. Anita ściska rękę mamy tak mocno, że niemal blednie. Wtem jakiś mężczyzna przechodzi obok, uśmiecha się lekko. W rękach ma skrzynkę z butelkami. Zakrętki są przebite. Kobieta przed nimi wypija łyk i od razu się krzywi, traci równowagę, chwieje się, jakby nagle ktoś odciął jej nogi. Z tłumu pada krótki, urwany krzyk. Woda jest zatruta, ktoś wstrzyknął trutkę do środka. Czy to dlatego ten mężczyzna uśmiechał się tak pogodnie? Czy człowiek jest w stanie zrobić wszystko, gdy prawo traci na znaczeniu? Kobieta opiera się o swój bagaż i czeka. Natalię zaczyna boleć głowa, jak gdyby organizm chciał jej przypomnieć, że naprawdę tu jest, to naprawdę się dzieje. Karetka nie przyjeżdża. Nie może. Przy przejściu granicznym ludzie stają się okrutni.

Wybija osiemnasta, pogoda pogarsza się. Dzieci, które jeszcze przed chwilą biegały w rozpiętych kurtkach, bez czapek, teraz trzęsą się z zimna. Zaczynają marsz w kierunku granicy. Jest ciemno. Punkt kontrolny powinien być około pięciu kilometrów stąd. Walizka śledzi każdy ich krok; słychać cichy, metaliczny stukot kółek o podłoże. Przy przejściu granicznym dzieci płaczą z zimna.

Kilka kroków dalej idzie grupa mężczyzn, głośnych i jakby zupełnie nieświadomych, że obok stoją wystraszone dzieci i kobiety. W tłumie każdy stara się znaleźć dla siebie odrobinę przestrzeni. Natalia widzi, jak ta sama grupa bezmyślnych facetów przepycha się między ludźmi, tylko po to, by iść na przodzie. Jej cierpliwość kończy się momentalnie, gdy dostrzega, jak potrącają na bok kobietę w ciąży. Natalia decyduje się pozostać przy kobiecie. Pamięta ciążę i zna ten stres.

Przy przejściu granicznym ludzie myślą tylko o sobie. Artemowi zamykają się oczy, trudno mu ustać na nogach. Chłopczyk co jakiś czas spowalnia i przeciera twarz. Jedyne, co go utrzymuje, to chłodna dłoń mamy, której się kurczowo trzyma. Po dwudziestu minutach drogi zaczyna popłakiwać i stale zadaje jakieś pytania, a mama nie odzywa się nawet słowem. Kobieta idzie w ciszy, nie robi tego ze złości. Nie wie, gdzie idą, ile jeszcze i dlaczego tatuś nie zadzwonił ani razu odkąd wyjechali. Po długim marszu pieszo docierają do punktu kontrolnego. Nadchodzi ich kolej. Strażnik graniczny spogląda w telefon. Bierze łyk kawy. Rzuca osądzające spojrzenie i w końcu mówi:

– Paszport, proszę.

Natalia podaje dokumenty: akty urodzenia dzieci, rosyjski paszport oraz dokument potwierdzający stały pobyt na Ukrainie, ten, który otrzymała po urodzeniu syna. Mężczyzna kolejno przegląda wszystkie papiery. Widzi paszport. Spogląda na kobietę. Nic nie mówi. Pytanie, mimo że niewypowiedziane, zawisa w powietrzu – chcesz wyjechać do Polski? Na jego twarzy widać niezadowolenie, jakby ten dokument personalnie go uraził.

– Dobry wieczór…

Cisza.

– Ja muszę ratować moje dzieci, niezależnie od mojej narodowości. Błagam, proszę mnie przepuścić.

Tarnobrzeg, województwo podkarpackie

Natalia mieszka w Polsce, w Tarnobrzegu. Kilka miesięcy po wybuchu wojny rozwiodła się z mężem; od lat jedynie żyli obok siebie, w jednym domu. Nigdy jej niczego nie zabraniał. Nigdy niczego jej nie dawał. Brakowało wsparcia. Teraz sama zajmuje się dziećmi. Jest architektem wnętrz i prowadzi własną firmę. Ze względu na okoliczności musiała nauczyć się języka polskiego. W rogu pokoju, przy komodzie, leży walizka. Już nie jest tak czerwona jak kilka lat temu, wyblakła. Jest lekko uchylona, niedomknięta, tak by zamek mógł poruszać się wolno. W kieszonkach, w środku, pochowane są rzeczy, które człowiek jest w stanie zapomnieć pod wpływem presji: -chusteczki, długopis, zapasowa para skarpetek, mały notes. Walizka czeka. Czy się przyda? Może.

Licznik odsłon: 217
2026  Turniej Reportażu   globbersthemes joomla templates